Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Marzenia". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Marzenia". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 listopada 2010

Z cyklu "Marzenia"

    Budzę się jak zwykle koło ósmej, pierwszą rzeczą jaką robię jest zapalenie papierosa. Leżę w łóżku, oparty ogłową o ścianę, trzymając popielniczkę na brzuchu, wykonując mechanicznie jednostajny ruch prawą ręką: od ust do popielniczki i z powrotem. Rozglądam się z uśmiechem po mojej kawalerce: kanapa, fotel, stolik, parę taboretów, odgrodzona niby-barkiem kuchnia, szafa schowana w ścianie - jedynej nieukrytej za książkami, biurko - oraz łóżko pode mną.
    I rozmyślam. Najpierw myślę o tym, jak mi dobrze. Jak przyjemnie jest budzić się dopiero koło ósmej, wyspanym, pełnym werwy i twórczego potencjału. I nie musieć zapierdalać do tramwaju, jak ci wszyscy biedni karierowicze. I nie martwić się. Mieć wypłatę z ostatniej publikacji, która wystarczy na najbliższe dwa tygodnie miłej egzystencji. I czas na napisanie kolejnego tekstu i zarobienie pieniędzy na następne dwa tygodnie. Jak cudownie mieć spokój. I robić to, co się lubi, i jeszcze mieć z tego utrzymanie.
    I, zaciągając się głęboko, planuję mój cudowny dzień: zaraz wstanę, wyjdę na balkon przywitać się z dzielnicą, wchodząc z powrotem zostawię drzwi otwarte, by wpuścić życiodajną rześkość młodego świata (nawet tutaj, na Mokotowie, potrafię ją poczuć). Włączę jakiegoś mocnego rocka, najlepiej Sabatona. Odleję się, wskoczę pod prysznic. Włączę ekspres do kawy, usiądę w fotelu z laptopem i czekając na poranny eliksir odwiedzę fejsbuka i mojego bloga. Gdy kawa jest gotowa, wciągam z rozkoszą jej zapach - woń siły, wolności i twórczego dnia, upijam dwa łyki, stawiam kubek na stoliku przy fotelu, odpalam papierosa, wyłączam muzykę i biorę książkę.
    Mniej więcej po godzinie muszę przerwać lekturę, bo rozrywa mnie wena. Żeby sobie ulżyć, siadam z laptopem przy biurku i spuszczam palce i myśli ze smyczy. Pierwsze biegają po klawiaturze, drugie werbalizują się na monitorze, w postaci dziwnych znaczków, zwanych literami. Ograniczam trochę palce, dwa z nich sklejając papierosem, lecz nie przeszkadza im to, by swobodnie poruszać się w swym żywiole. Po półgodzinie mam sporą część opowiadania. Jak zwykle marna natura ludzka i jej bezsens nie mogą zostać pominięte. Dobrze, że chociaż niektórzy są jeszcze na tyle mądrzy, żeby czytać taką prozę.
    Przerywam i zmierzam w kierunku czegoś, co u niektórych nazywa się kuchnią, by uciszyć kiszki. Jem coś, na co nie zwracam szczególnej uwagi i przeglądam w Internecie aktualne wiadomości. Od razu myję naczynia, by nie zbierał mi się artystyczny syf - w myśl zasady, którą, po kilkunastoletnich staraniach, udało się wpoić we mnie mojemu ojcu: jak masz bałagan w pokoju, to i w głowie.
    I znowu książka plus papieros. Bosko.
    Kończę książkę, odkładam ją na półkę i zapisuję w zeszycie, w którym od siedemnastego roku życia notuję tytuły, autorów i daty czytania wszystkich książek. W tym roku przeczytałem już sto dwadzieścia sześć książek, a jest dopiero maj. Kiedyś, gdy jeszcze byłem w szkole, czytałem mniej w ciągu całego roku.
    Nie zastanawiam się długo przed wzięciem następnej, wiem co chcę przeczytać i na mam ochotę. I czytam to. Czasami muszę w pierwszej kolejności przeczytać coś, co jest mi potrzebne do napisania publikacji. Rzadko zdarza się, że otrzymuję jakieś konkretne zamówienia. Zazwyczaj nie mam problemu ze sprzedaniem tego, co moje palce za pomocą klawiatury prześlą od mózgu do komputera.
    Po dwustu stronach zabieram się do robienia obiadu. To dobry sposób na ucieczkę od świata. Poczarować z garnkami przy akompaniamencie dobrej muzyki i aromacie dymu papierosowego. Mam ochotę na szpinak. Może naleśniki ze szpinakiem? Albo makaron. Po godzinie obiad jest we mnie.
    No to papierosek i książeczka.
    Robią się okolice piątej po południu. Czas udać się na medytacje na tronie. Moja mama dzwoni jak zwykle w najbardziej odpowiednim momencie:
    - Cześć synku.
    - Cześć mamo.
    - Przyjedziesz do nas na obiad w niedzielę? Zrobię schabowe z ziemniaczkami.
    - Oczywiście, że przyjadę. Jak zawsze.
    - A może przedstawiłbyś nam wreszcie swoją narzeczoną?
    - To chyba kiepski pomysł. Namówiłabyś ją, żeby zrobiła ci wnuki. A ględzenie o dzieciach to ostatnie na co mam ochotę. A poza tym nie jest moją narzeczoną.
    - A kiedy ty nas zaprosisz do siebie? Ostatni raz byliśmy u ciebie, gdy się wprowadzałeś.
    - Kiedyś was zaproszę. Teraz chcę odwiedzić nasz rodzinny dom.
    - No dobrze, skarbie, to nie będę ci już przeszkadzała, pewnie coś teraz piszesz albo czytasz?
    - Tak mamo, jak zawsze.
    - To do zobaczenia w niedzielę. Trzymaj się.
    - Wy też się trzymajcie, uściskaj tatę ode mnie - staram się być jak najmilszy dla matki. Moja siostra krytykuje i reżyseruje sztuki teatralne we Francji, brat konstruuje roboty w Japonii, z trojga dzieci tylko ja pozostałem w kraju. Na dodatek myśli, że na pewno niedługo zachoruję i umrę, przez to, że palę, więc chce się mną nacieszyć.
    Z ojcem widuję się częściej. Wciąż, korzystając ze swoich kontaktów, zabiera mnie na różne wydarzenia, gdzie mam okazję poznawać wiele światłych osób i wdrażać się w intelektualistyczne towarzystwo.

    Pod moim blokiem jest nietypowy sklep spożywczy. Nietypowy dlatego, że dostawę pieczywa mają tam o godzinie osiemnastej. Dla mnie idealnie - akurat na kolację i jutrzejsze śniadanie. Gdy tylko przekraczam próg, pani Jasia wita mnie uśmiechem i słowami: “Dzień dobry, młodzieńcze. Coś dzisiaj późno pan zawitał - już pięć po!”. Odwzajemniwszy uśmiech wrzucam do jednego woreczka sześć bułek, do drugiego dwa pomidory i kładę na ladzie, gdzie już czeka na mnie dwadzieścia deko goudy i paczka Cameli. Od półtora roku codziennie robię tu identyczne zakupy. Proces zapłaty przedłuża się przez przyjazną pogawędkę, ale po dwudziestu minutach znowu jestem w mojej pustelni.
    Po ułożeniu zakupów zaglądam do Internetu. Blog, wiadomości, fejsbuk. O! morda pisze. Tradycyjnie, umawiamy się z chłopakami na wieczór w męskim gronie za kilka dni.
    Hm, obejrzałbym jakiś film. Zobaczmy co teraz grają. Najlepiej w Lunie albo Feminie. Co prawda do Galerii Mokotów mam najbliżej, ale trudno, podjadę. Nie lubię tych wielkich kin, gdzie pokazują same wysokobudżetowe komerchy.
    Może zadzwoniłbym do Marty. Ostatnio jej odmówiłem i nie widziałem się z nią już chyba dwa tygodnie. Nareszcie znalazłem dziewczynę, przy której mam dużo czasu dla siebie. Ale należałoby się odezwać. Zwłaszcza, że na pewno będzie przyjemnie. W nocy odwdzięczy się za zaproszenie, rano zrobi śniadanie, a później pojedzie na zajęcia i znowu będę miał spokój. A poza tym - kocham ją.
    - Cześć kochanie!
    - Hej mała. Chciałabyś się jutro wybrać do kina? W Lunie, o dwudziestej, grają Chrzest.
    - No pewnie. To tam są te podwójne fotele dla par, prawda?
    - Dokładnie tak. To jak, o siódmej na patelni? Zrobilibyśmy sobie jeszcze mały spacerek.
    - Okej. To do zobaczenia jutro, miśku.
    - Buziaczki, kocie.
    - Mrrr. Ha ha. Cmok cmok.
    - Pa pa pa.
    Załatwione. A teraz, powrót w objęcia fotela, do książki.
    Około dziewiątej zjadam połowę tego, co kupiłem parę godzin wcześniej, po czym siadam przy biurku i wypuszczam na wybieg moje palce i myśli. Mniej więcej dwie godziny po północy staczam się z krzesła, zrzucam z siebie ciuchy i padam na łóżko. Mimo zmęczenia nie mogę zasnąć. W ciemnościach palę papierosa i rozmyślam: o tym, co aktualnie czytam i piszę, o ludziach - ich losie, obyczajach, skłonnościach i tak dalej, o wszechświecie, o mojej dziewczynie. Gaszę papierosa i przekręcam się na bok, gdzie czeka na mnie sen.