wtorek, 28 grudnia 2010

Cytat na dziś

Wystarczyło jednak staremu homeopacie, iż zadał parę podstępnych pytań, wpierw Florentinowi Arizie, następnie jego matce, by po raz kolejny dojść do wniosku, że symptomy miłości są identyczne z objawami cholery.
Miłość w czasach zarazy G.G. Marqueza

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Cytat na dziś

O bogach nie mogę wiedzieć, ani czy istnieją, ani czy nie istnieją, anie też jaka jest ich istota i jak się pojawiają. Wiele bowiem rzeczy stoi na przeszkodzie, aby można było coś o tym wiedzieć: niemożliwość odpowiedniego doświadczenia zmysłowego i krótkotrwałość życia człowieka.
 Protagoras, za: Dzieje umysłowości zachodniej Richarda Tarnasa

niedziela, 26 grudnia 2010

Cytat na dziś

Marek Aureliusz, potomek płci męskiej [...] mimo swych ponad pięćdziesięciu lat nie zrobił nic godnego uwagi, nawet potomka.

Miłość w czasach zarazy Gabriela Garcii Marqueza

Przyjaciele i dziewczyna Phila Morrisona

    Obudził się z bólem głowy. W pierwszej chwili ironicznie się uśmiechnął na myśl o głośnej imprezie, która zakończyła się zaledwie parę godzin temu. Lecz po paru sekundach mina mu zrzedła, gdyż zorientował się, że jego dziewczyny nie ma obok niego. Dziewczyny, którą kochał - i dlatego wiele się już przez nią namęczył. Postarał się uspokoić. Zapalił papierosa, jak to miał w zwyczaju czynić każdego ranka, i spróbował przypomnieć sobie jak najwięcej z ostatniej nocy.
    Początek pamiętał. Spotkał się z Claudią na stacji metra, znajdującej się w pobliżu jej mieszkania, by razem pojechali do jego przyjaciela. Swoją drogą, pomyślał Phil, co za żałosny powód do robienia imprezy. Awans w pracy. Mark wskoczył na fotel zastępcy dyrektora sieci butików Diora. Dla Phila nie był to żaden powód do świętowania. On sam był malarzem i gardził takim traktowaniem kariery zawodowej. Ale dobrze, że Mark wydostał się z dawnego życia, gdy nie robił zupełnie nic. Mógł sobie na to pozwolić dlatego, że nieświadomi rodzice zapewniali mu jedzenie, dach nad głową i pieniądze na różne zachcianki. Wiadomo było, że taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie, ale Mark zdawał się tym nie przejmować. W końcu jego rodzicom, kiedy dowiedzieli się, że rzucił studia, przestało się podobać finansowanie syna marnotrawnego. Uratowało go to, że miał nosa do interesów. Zawsze jakoś kombinował, żeby mieć na cytrynówkę lub trawkę. Okazało się, ku lekkiemu zaskoczeniu Phila i reszty przyjaciół, że Mark, jeśli musi - lub chce - potrafi uporać się także z trudniejszymi zadaniami. I co najważniejsze - wciąż być szczęśliwym.
    W żyłach Phila płynęło nieco mongolskiej krwi, dlatego przykładał wagę do przestrzegania obranych zasad, co ze względu na jego ideologię mogło kłócić się z przyjaźnią z Markiem. Lecz i Czyngis Chan łamał zasady. A poza tym przyjaźń była dla Phila ogromnie ważna.
    Skup się - zaciągając się głęboko, wrócił myślami do przebiegu ostatniej nocy. Na początku wszystko było okej: traktowała go jak kogoś naprawdę bliskiego, dużo się śmiali. W drodze na stację podmiejskiej kolejki, najpierw szare podziemia metra, później brązowe chodniki, zmęczone towarzystwem smutnego śniegu - wszystko to jakby rozjaśniali i rozweselali emanującym z ich splecionych dłoni szczęściem. Na to wspomnienie na twarzy Phila pojawił się grymas bólu.
    Gdy wreszcie dotarli do wielkiego dwustumetrowego, dwupiętrowego mieszkania Marka, wszystko się zmieniło. Claudia zachowywała się tak, jakby się Phila wstydziła. Nie pozwalała mu dotykać swych długich, rudych włosów, całować w pełne, czerwone usta, czy choćby mały, smukły nos. Często nawet nie spoglądała na niego swymi dużymi, zielonymi oczami.
    Phila zawsze okropnie irytowały takie zachowania. Czuł się wtedy upokorzony i zazdrosny o tego, z kim rozmawiała. I dopadała go przemożna chęć upicia się. Przypomniał sobie, że gdy oddalał  się wczoraj od tłumu, by utopić złość w wódce, Claudia gawędziła z Frankiem, za którym nie przepadał. Frank, podobnie jak Mark, pracował na wysokim stanowisku w jakiejś korporze, tyle że, w przeciwieństwie do niego, Frank gdzieś miał przyjaciół. Trzeba było mu przyznać, że do pozycji i pieniędzy doszedł bez niczyjej pomocy, ale to sprawiało, że był ohydnie zarozumiały i, ubranemu w drogie i modne ciuchy, wydawało mu się, że wszystko mu wolno.
    Phil nie pamiętał wiele więcej: rozmowę z Peterem, najlepszym przyjacielem, któremu pewnie się żalił. I jeszcze stojące przed nim na stole kuchennym kieliszek oraz butelkę polskiej wódki.
    - Właściwie dlaczego miała ze mną spać? Mogła równie dobrze wrócić do domu. - myślał teraz, gasząc papierosa po przeprowadzeniu retrospekcji. - Jak to dlaczego?! Dlatego, że jest moją dziewczyną! - odpowiedział sobie w myślach. - To przez to te wszystkie problemy, brak ci pewności siebie - osądzał sam siebie. Muszę pokazać, że jestem coś wart i należy mi się szacunek.
    Wstał, żeby wylać z siebie trochę alkoholu i zobaczyć, jak się wokoło sprawy mają. Przechodząc obok pokoju Marka, uchylił drzwi i zajrzał do środka. Mark siedział zgarbiony na brzegu łóżka i palił papierosa. Za nim ktoś spał, szczelnie otulony kołdrą. Na widok Phila uniósł rękę w powitalnym geście, nie zmieniając posępnego wyrazu twarzy.
    - Jak tam? - zapytał Phil.
    Teraz Mark uśmiechnął się, jak to on, zarówno szczerze, jak głuptawo.
    - Boli mnie głowa - odpowiedział wciąż z uśmiechem na ustach. - I chyba jeszcze mnie trzyma. No i przespałem się z jakąś laską, a nie wiem nawet, jak ma na imię.
    - Claudia - dobiegł ich niewyraźny, kobiecy głos spod kołdry leżącej za Markiem.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Perypetie Pawełka cz. 2

    I siedzę tam, jak skazaniec, jakiś nieswój, jakoś mi źle. Zamyśloną mam minę i smutną. I czuję jej wzrok na sobie, albo tylko mi się wydaje, że to jej wzrok, ale czuję coś. I nią to jest na pewno, przynajmniej po części i aż cieplej mi się robi, ale nie tak błogo ciepło, lecz tak męcząco, jakbym miał się palić zacząć.
    I wódki mam ochotę się napić. Nie napić, a nachlać. Schlać się równo i nierówno. Wlać w siebie litry, wypalić papierosów tony - i zasnąć. I nie wiem, co potem. Budzić się, albo nie budzić.
    Schlać się. I koniec wreszcie, wyjść można - ostatnia. I idę na wódkę.
    W takim stanie psychicznym, w jakim jestem obecnie, nie dziwię się ludziom, że zostają alkoholikami - mówię mu, temu, z którym piję. A on pije na to ze mną. I pijemy razem. Raz ja bardziej, raz on.
    I śmiejemy się, bo już zrobieni trochę jesteśmy. Poprawia się humor, a nawet się nie poprawia naprawdę, rzeczywiście, w głębi, to przynajmniej z wierzchu, bo uśmiech szczery występuje na zęby średnio już białe od tego ukrywania się w smutku.
    Zerujemy śmiejąc się i odprowadzamy wzajem do pociągu, on mnie, ja jego. I żegnamy się, każdy jedzie w swoją stronę.
    Stoję w tym pociągu starym, jakby przepitym, czy przechlanym wręcz. I chwieję się, i nie wiem czy to przez pociągu przepicie, czy przez moje. Lać się chce, palić się chce. Wysiadam z pociągu na peron podobnie zachlany i idę w miejsce boczne wydalić zbędności, by alkohol czysty pozostał we mnie.
    I idę, w stronę domu niby, slalomem delikatnym brnę przez śnieg niewesoły jakiś, szary. Mijam ludzi bez twarzy. Mnóstwo ludzi. A twarz tylko jedną widzę, i nie w ludziach, a w sobie, w pamięci i sercu moim. I papierosa palę, mocnego rocka słucham, i myślę o tym, dlaczego piłem. Bo przecież nie bez powodu piłem. I dla przyjemności też nie. I nie ze szczęścia.

    Pauza następuje, bo wzruszyć się można, zawiesić. Bo piłem z najokrutniejszego powodu.
    Piłem z miłości.
    Miłość nazywa się najwspanialszym uczuciem, pięknym niesamowicie, szczęście dającym - przypominam sobie idąc. I wkurzam się na te myśli, bo co to za cudo, które mnie w taki stan wprawia, że tylko na wódkę mam ochotę. I aż myśleć się nie chce, bo boli wszystko człowieka od rozważań takich, ale nie myśleć się nie da.
    Niestety, albo na szczęście raczej, szybko ostatnie myśli w zapomnienie uciekają, bo od wódki umysł krótki. I spokój niejaki, a trochę i irytacja, bo wiedzieć by się chciało, co jeszcze przed chwilą przed samym sobą się orzekło.
    Ale nie ważne.

    Dochodzę do domu nareszcie, albo już, tak szybko. I słyszę od drzwi, po wejściu zaraz: piłeś. I co mam odpowiedzieć, kłamać nieudolnie. Piłem, mówię. I zdziwienie, że się nie bronię nawet, że mówię wprost, przesłania zdenerwowanie.
    - Piłem, bo mam powód.
    I zmartwienie, przejęcie, troska następuje tym razem: dlaczego? co się stało?
    - Pewnie nic ważnego. Pewnie żaden normalny człowiek nie uznałby tego za poważny problem. Tyle, że ja jestem nienormalny. W każdym razie, jak chcecie mi jakoś pomóc, to dajcie mi wódki.
    I dają.
    Bo widzą, żem dojrzał na tyle, by zapić smutki, czy co to tam jest. I ojciec polewa do dwóch - nie kieliszków - szklanek, bo sam wie, że w takiej chwili na nic się kieliszki zdadzą. A do dwóch dlatego, że wie, iż kompan lepszy niż lustro czy kwiatek.
    I chlust.
    Chlust.
    Chlllu.
    Chhl.

    I smutki już zapite, a Pawełek razem z nimi. Szczęśliwy się pewnie teraz czuje. A może nie, może nie poprawiło mu się wcale. Albo nie czuje się w ogóle, bo zasnął. Ale za to błogi ma na pewno sen. I nie pomyślał o miłości tyle, ile by chciał pomyśleć. Bo chciał pomyśleć, tylko bał się trochę, czy denerwował na taki smak, ale kto nie chce myśleć o miłości?
    Obudzi się jutro, albo pojutrze. Wstanie, ubierze się - i znowu napotka, czy wręcz zderzy z problemem swym poważnym bądź niepoważnym. I znowu będzie chciał go utopić. A najlepiej to tak aż do skutku - aż się ułoży jakoś.
    Ale jak się ułoży, skoro Pawełek myślał już i wymyślić nie mógł, bo się okazało, że to co się udawało to tak spontanicznie wychodziło, jakby samo przez się, a tu teraz nagle coś wymyślić, to już nie tak łatwo. A już nawet zapomniał jak to samo z siebie wychodziło, bo od ostatniego razu minęło trochę czasu. I bezradny teraz, załamuje się.
    Bezradny, bo na doła poradzić nie potrafi nie tylko przez nieumiejętność wymyślenia, ale i przez to, że nie wie nawet dokładnie, domyśla się jedynie, skąd ów dół się bierze. Opukuje się, to kolano, to łokieć, puka w łydkę i w klatkę, a świadomości nie przybywa. Ale przekonany jest niezbicie, że to z tego świętego i okrutnego powodu tak się czuje, bo i co innego mogłoby go aż tak, chłopaka przecież twardego, zdołować?
    I w tej bezradności czekał będzie na rozwiązanie, może zaimprowizować coś czasami spróbuje, uznając, że nic do stracenia nie ma, zdesperowanym będąc. Pił nie będzie codziennie, w umór i do znudzenia. Spróbuje zająć się czymś ambitnym, by myśli odciągnąć, oderwać się, zapomnieć. W chwilach depresji i wkurzenia, wyładowywał będzie emocje na worku bokserskim. I jakoś sobie poradzi.
    Tyle, że nie będzie to już ten sam Pawełek. Nie tak uśmiechnięty od ucha do ucha, nie tak wesoły i rozweselający, mniej przyjazny i mniej kontaktowy.
    A do kiedy, jak długo tak będzie? Tego nie wiadomo. Może już po dniu czy dwóch Pawełek się podniesie, uświadomi sobie, że złudzeniem to wszystko było, że bez podstaw. A może w ogóle się nie zmieni, pozostanie radosny. Zwyczajny. Albo umrze w ukryciu razem ze swymi problemami, nie ukazując ich, a tylko po cichu, samemu przed sobą manifestując.

niedziela, 19 grudnia 2010

Perypetie Pawełka

    I pisze mi, że boli ją to, że najwyraźniej mnie straciła i że mnie kocha, a ja wzdychając odrywam wzrok od monitora i patrzę w swoje odbicie w ciemnej od nocy szybie i w pierwszej chwili widzę tylko, że jestem całkiem przystojny i że nie robi na mnie wrażenia to, co ona pisze. A po chwili myślę sobie, że powinno robić i zauważam to w odbiciu mojej twarzy w szybie ciemnej już nie tylko od nocy, ale i emocji, bo robi rzeczywiście. Albo najpierw widzę to w twarzy swojej, a potem dopiero w duszy.
    I piszę jej, żeby nie pieprzyła głupot. Męsko piszę. Wulgaryzm rzucę to tu, to tam. I twardo. Wzruszenia nie okazując. Pocieszając jedynie. Albo tylko się starając. Albo aż się starając. I piszę, że nie straciła, i że z żadnych relacji nie rezygnuję, tylko ona to tak odbiera. Powstrzymuję się, żeby nie napisać, że jak zwykle histeryzuje i jak zwykle głupoty gada, czy pieprzy właśnie, żeby nie odebrała tego jakoś opacznie. Piszę, że jutro pogadamy, bo nie lubię na tym czacie, bo to tak się nie da omówić wszystkiego porządnie, jak należy.
    Ona się zgadza, ja się żegnam - i do jutra. Wcale nie do jutra, bo jeszcze muszę o tym pomyśleć wcześniej. Czego ja właściwie chcę, czego nie chcę, co mnie denerwuje, co nie. Trudne to pytania, bo może to jakiś podświadomy element, którego określić nie zdołam. I wyjdę wtedy na tego, który nie wie czego chce, i będzie moja wina, bo robię afery, a sam nie wiem o co.
    No to myślę jeszcze chwilę. Czy przyjaźń damsko-męska istnieje w ogóle? Bo przecież o przyjaźni gadaliśmy, bo przyjaciółmi jesteśmy. Albo chcielibyśmy być. Albo jedno z nas. Tylko które? Chyba ona… Ale ja też czasami. I w końcu nie wiemy czym jesteśmy i o czym gadamy i co gadamy. Co powinniśmy też nie wiemy, albo wiedzieć nie chcemy, bo byśmy moralnie musieli, jak Kant nakazał.
    A może Kant właśnie by coś poradził. Może on też tak jak my głowę sobie łamał. I może zapisał to. O alkoholach zapisał. A alkohol i w przyjaźni jest. Ale na co mi tam Kant. Czy od tego, że przeczytałem jego zapiski o działaniu alkoholi różnych, zmieniło się to, co piję? No nie, bo przecież koli się trzymam, mimo, że o niej nie wspomniał nawet. Bo i jak miał wspomnieć, skoro nie produkowano jej jeszcze wtedy. To może i przyjaźń nie istniała. Gdzie tam, nędza analogii, o przyjaźni inni pisali. I to wcześniej nawet. I wierszem. Więc musiała istnieć, bardziej niż alkohol nawet. To może teraz nie istnieje?

    Zatrzymałem się w swych myślach głębokich w swej codzienności płytkiej, a płytkich w nadętej głębokości dnia niedzielnego, bo i jak odpowiedzieć, czy przyjaźń jest, czy jej nie ma.
    Ale gdzie tam, na pewno jest, musi być, przecież inaczej z mordą moją nie bylibyśmy przyjaciółmi. A no właśnie, a to inna sprawa może być. Bo ona to nie on.
    I nie wiem. I moment jeszcze. I stwierdzam w końcu, że nie chce mi się o tym myśleć, że siły nie mam, że sensu brak. Uciekam, chociaż ucieczką nie nazywam. A co nie nazwane nie istnieje przecież, to może nie uciekam jednak. No ale to istnieje, tylko ja nie chcę by jako ucieczka istniało. A może chcę właśnie, tylko nie chcę by tak myśleli. Bo uciekanie takie niemęskie. To mogę krzyczeć, że denerwuje mnie, że mam jej dość, że olewam, palę mosty i zrywam kontakty, bom taki męski, że mam na to siłę i odwagi też dość. I teraz to już inne gadanie, teraz to już nie bądź taki okrutny, nie rób przykrości. Zdenerwować się człowiek może, bo tak źle i tak niedobrze. Ale jednak tak lepiej, bo szkoda im tamtej, ale ja jestem męski, że mam jaja pokazałem, a udowodnienie że jaja się ma, to pierwszy krok to okazji, by udowodnić, iż ma się i penisa i że zrobić się z nim potrafi co trzeba.
    A wtedy to już w ogóle jest super, i mężczyzną się jest, bo się komplet uzbierało. To znaczy miało się go już wcześniej, oczywiście, ale co z tego, że się miało, skoro nikt nie wiedział, że się ma. No niby wiedzieli, niby widać, że wąsy rosną, to musi coś być, że na spodniach wybrzuszenie, wiadomo niby wszem i wobec. Ale to jednak nie to samo, co udowodnić dobitnie. Tak, żeby czuć było. Wtedy to jest dopiero męskość po całości, i twardym można być, ba! trzeba, w dosłownym tego znaczeniu. I wiadomo od razu, kto tu rządzi.

    I znowu pauza się włączyła, bo dawno już dowodu się nie przeprowadzało, takiego dobitnego. To jedynie przed samym sobą się dowodziło, a to nie to samo. To i znowu się wątpliwość pojawia, czy to na pewno dobra droga, przez te jaja. Bo może jednak inaczej wolą. No ale zastanów się, jak wcześniej ci się udawało.
    No i się nie wie, bo to jakoś tak samo wychodziło, tak spontanicznie i trudno wytłumaczyć. Buźka ładna i poszło jakoś, wystarczyło. Żeby zacząć przynajmniej. A tak żeby uzasadnić, wyjaśnić to trzeba by książkę jakąś przeczytać, bo to trudno tak samemu wymyślić.

    Nagle pauza kolejna, ciąg refleksji niczym ciąg reakcji się ciągnie. Bo jak trudno samemu coś o życiu wymyślić, jakieś wytłumaczenie jak się co zrobiło, takiego życiowego, a głupim się przecież nie jest i książkę by sią chciało przeczytać, żeby wiedzieć, to skąd wiedzą ci co książki piszą. A może przypadkiem im to wychodzi. Ostatecznie nie tak wielu ich jest. Bo duża część piszących to o nauce pisze i o takich sprawach z życiem chyba nie związanych, bo co się mają gwiazdy do mojej przyjaźni, jak to już wcześniej się dało zauważyć. A też ludzi dużo na świecie, to ci co życie tłumaczą mały procent stanowią.
    To może i ja bym sobie został takim co pisze. Mam już temat jakiś, bo przyjaźń, albo brak przyjaźni, to całkiem pokaźny temacik. I jak im się udaje, to i mi się może powieść. To jak to tak łatwo, to dlaczego tak niewielu pisze? Ha! bo trzeba jeszcze mądrym być, żeby wpaść na pomysł, żeby pisać. To jest właśnie najważniejsze i najtrudniejsze zarazem. Tu pomyśleć, tam porozwarzać, pozastanawiać się i - żaróweczka się zaświeca. A potem to już tylko do komputerka sobie usiąść i pisać. To i pieniążki można jeszcze zdobyć. I to nie byle jakie. Książka byle jaka może być, a pieniążki będą niezłe.
    Taka na przykład co o miłości pisała. Ona to nawet trudny temat sobie wybrała, bo to jedno człowiek, jedno wampir. To tak niełatwo. A może łatwo właśnie, bo zmyślić można wszystko i nikt nie sprawdzi, bo kto będzie ci teraz wampira szukał, żeby go zapytać, czy to co Stefa pisze to prawda, gdy czasu nawet nie mają na to, żeby pomyśleć i wpaść na pomysł, że pisać można. A potem jeszcze by ci taki czytać nie umiał, i byś się na marne naszukał. No i temat trudny, czy nie trudny kasa jest. A książka wcale nie dobra, bo lepsze się czytało, i dużo lepsze też. Ale kasa. I sława.
    A no właśnie, bo to i sławy, i szacunku dorobić się można. I by mówili brawo Pawełku, i klepali po ramieniu, i rączkę podawali. I by się z powagą, protekcjonalnie odbierało gratulacje, bo nie można się zdradzać za bardzo, że to się udało, że uf, że kasa będzie i uznanie. To znowu męskim trzeba być, uważać i twardo.
    A właśnie, twardo. Bo to i się okazje łatwiej znajdzie to dowodzenia, gdy sława będzie i pieniążki. Bo z takim to każda by chciała, to łaskawie się dowodzik przeprowadzi to tu, to tam.


    Przerwa teraz już większa, zawiecha prawie, bo się przypomniało, że wciąż nie wiadomo, czy ta przyjaźń damsko-męska to istnieje, czy nie istnieje. Czy to przyjaźń jest, czy co innego. Bo coś to jest, bo musi być, skoro się nad tym głowić można i kłócić o to.
    A może dlatego się myśleć o tym przestało, nie że się nie chce, czy siły brakuje, czy o dowodzeniu się myślało, tylko wiedzieć tego nie trzeba. Albo nie można nawet. Może to nie bez powodu się ucieka. Że to niby z tchórzostwa, a to z jakiejś mądrości wewnętrznej, którą nazwać trudno i wpłynąć na nią też trudno. A nawet trudniej jeszcze. Pewnie to tak właśnie jest, bo jak to inaczej wytłumaczyć, gdy mądrym chłopakiem się jest, a wymyślić się nie udaje.

Cytat na dziś

Ukazał się on już po śmierci uczonego, który zaledwie trzy miesiące wcześniej zdecydował się wraz ze swoją żoną popełnić samobójstwo. Oboje uznali, że po 62 latach wspaniałego wspólnego życia kontynuowanie go po to tylko, by walczyć z nasilającymi się chorobami, byłoby nieracjonalne. Hardin miał w chwili śmierci 88 lat.

Antrymatrix Edwina Bendyka

sobota, 18 grudnia 2010

Cytat na dziś

Idee! Cały świat zajmuje się teraz ideami! Moja Hadasza każdego dnia zapisuje swoje idee. Za moich czasów nikt nie przejmował się ideami i żyliśmy tak samo.

Rodzina Muszkatów I.B. Singera

czwartek, 16 grudnia 2010

Cytat na dziś

Wybacz mi szczerość. Jestem starym człowiekiem. Niedługo umrę, więc mogę mówić prawdę.

Rodzina Muszkatów I.B. Singera

wtorek, 14 grudnia 2010

Wstajecie o szóstej rano
Biegniecie do pracy
Wracacie późno
Kładziecie dzieci spać
Czasami coś jecie
I tak codziennie
Oprócz niedziel

Wstaję późno
Powoli idę do kibla
Jeśli wychodzę, to późno
Jem
Czytam
I tak codziennie
Zwłaszcza w niedziele

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Wrażliwości brak

    Wczoraj widziałem kawałek programu Dzień dobry TVN. Dokładnie tej jego części, w której redaktor Rymanowski rozmawia z pięcioma politykami. Tym razem tematem rozmowy było - no co? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o co? O katastrofę smoleńską oczywiście! Dodatkową okazją do kolejnego jej omówienia była ósma miesięcznica wydarzenia.
    Pierwszym, co usłyszałem, było emfatyczne i zaiste uderzające w serce ubolewanie, wykonane przez słynącego z arcy błyskotliwych i erudycyjnych puent Genka Kłopotka - parafrazując: Dlaczego ta ofiara była tak wielka? Przyjmując za oczywiste, że trzeba się w bólu z wyznającym go złączyć, pytanie - jak to zrobić? Czy uśmiechnąć się dobrodusznie, pocieszająco, czy może zasmucić solidarnie? Przyznam - pojęcia nie mam; zrobiłem jakąś minę pomiędzy, by było jak najuczciwiej.
    Dalej pan, którego kłopoty się nie imają, poprosił - z dodatkiem powątpiewania, że ktokolwiek może mu odpowiedzieć w najbliższych stuleciach - tonem udzielającego kazanie księdza, o wyjaśnienie mu - dlaczego? Dlaczego taką ofiarę złożyć musiał naród polski? I, kto by się spodziewał, bo na pierwszy rzut oka wydaje się to zgoła niemożliwe, z odpowiedzią popędził pan Kalisz. Wyprzedził tych wszystkich smukłych z pozoru, a nawet prognozy Genka, i trzasnął odpowiedzią: Nie były zachowane procedury. Należnie ją oczywiście rozwinął. Ale co z tego? Cóż nam po odpowiedzi spójnej logicznie, słusznej merytorycznie, której racjonalności nie przesłania nawet seplenienie wypowiadającego, gdy brak w niej wrażliwości?
    Nadeszła kolej na pana Grasia. Wypomniał ów Jarkowi K. nie tylko chłodną, ale i zimną (powiedział dokładnie: chłodną i zimną) kalkulację z 10 kwietnia br., czy opłaca się przyjąć kondolencje od pana Putina. To rozłożyło mnie już zupełnie. Oto nawet Jaruś, przykład szeroko rozwiniętej empatii, ostoja słodkiego patosiku, okazał się bezdusznym stworzeniem!
    Czary goryczy dopełnił, czy wręcz przepełnił ją, jakiś pan, którego nie znam, pewnie  Niewiadomokto, oskarżając pana Grasia o to, że on i ludzie, z którymi współpracuje pozbyli się już nie tylko wrażliwości, ale i maski ją sugerującą. A pan Paweł, podobnie jak wcześniej pan Genek, nie bronili nawet swych zacnych person przed zdaniami ciał obcych!
    Gdy taki wrażliwości brak, kto się przejmie i zajmie pokaleczonymi drogami, poszarzałym śniegiem czy kulejącymi pociągami?

niedziela, 5 grudnia 2010

Bendyk poleca: "Włóczędzy"

    Yiyun Li, 38-letnia Chinka od 14 lat mieszkająca w USA, dużo formatową karierę pisarską rozpoczęła wspaniale. Włóczędzy to jej pierwsza powieść. Akcja toczy się w ojczyźnie autorki - Chinach, w latach 70. jeszcze przed jej przyjściem na świat. U szczytu potęgi znajduje się Komunistyczna Partia Chin. Wszyscy bohaterowie książki żyją w jednej prowincji. Tym najdokładniej zobrazowanym i grającym główną rolę jest komunizm - czy raczej nazwany tak autorytaryzm. Wśród świetnie naszkicowanych postaci każdy czytelnik powinien znaleźć własne odbicie - ale zapewne nie będzie tego chciał.
    Włóczędzy dobitnie pokazują okrucieństwo i nędzę tego systemu oraz ściskające za serce losy ludzi w nim żyjących. Ludzi, którzy po zastanowieniu nie wiedzą kim są. Rozrywani pomiędzy spokojem matki a walką o dobro społeczności, między honorem a posłuszeństwem. I ludzi, których możemy spotykać na co dzień, poza komunizmem, z ich przerażającymi problemami i zboczeniami - z ich codziennością.
    Jest tam wykształcony niegdysiejszy nacjonalista przemieniony już w zwolennika rewolucji. Jest młoda, żarliwa rewolucjonistka po refleksji mająca wątpliwości co do słuszności swych działań. Jest samotny chłopak rozpaczliwie poszukujący przyjaźni i miłości. Jest buntownicza żona posłusznego syna wysoko postawionych komunistów, który szalenie ją kocha, ale jeszcze bardziej boi się gniewu rodziców. To nieliczne spośród poruszających i zapadających w pamięć sylwetek mistrzowsko przedstawionych przez Li i stanowiących o geniuszu jej debiutanckiego dzieła.

wtorek, 30 listopada 2010

Cytat na dziś

Człowieka, który ma tak twarde serce, że gotów jest zjeść pasztet z własnej matki i żony, nic w życiu nie pokona.

 

Włóczędzy Yiyun Li

poniedziałek, 29 listopada 2010

Cytat na dziś

Śmierć wcale nie była najgorsza ze wszystkiego, co może przydarzyć się człowiekowi. Owładnęło nim uczucie bardziej miażdżące niż strach: żal, że nie może dobić własnej córki.

Włóczędzy
Yiyun Li

niedziela, 28 listopada 2010

Bendyk poleca: "Szatan w Goraju"

Szatan w Goraju to pierwsza powieść Isaaca Bashevisa Singera. Niezrównany gawędziarz wzruszająco opowiedział w tej książce historię małego miasteczka, leżącego w okolicach Lublina - Goraju. Akcja dzieje się w siedemnastym wieku, po rzeziach wyrządzonych przez Chmielnickiego, z których powodu miasteczko podupadło, ludzie pouciekali. Po ochłodzeniu sytuacji mieszkańcy powracają i przywracają Goraj do życia. Pieczę trzyma rabi Bejnusz Aszkenazy, przykładny Żyd. Wszystko zapowiada się dobrze, dopóki do miasteczka nie dosięgają informacje o rzekomym mesjaszu Sabataju Cwi i nie zaczynają pojawiać się jego wyznawcy...

Cytat na dziś

(...) nauczyciel Gu miał ochotę powiedzieć córce, że ludzie to najniebezpieczniejsze zwierzęta na świecie. Chciał jej doradzić, żeby starała się być mała i nieważna jak ziarnko piasku
Włóczędzy Yiyun Li

sobota, 27 listopada 2010

Prawda? - Kłamstwo.

Okłamuję sam siebie - Czy to źle?
Okłamuję innych - Czy to dobrze?
Okłamuję innych dla ich dobra - Czy to źle?
Okłamuję innych dla swojego dobra - Czy to dobrze?

Na kłamstwie buduję związek - Czy to dobrze?
Na kłamstwie buduję imperium - Czy to źle?
Związek jest stały.
Imperium jest mocne.
Na jak długo?
Czy warto?

Związek istnieje
Rok pierwszy.
Rok drugi.
Rok trzeci? - To już koniec.
Świat się wali? - Kłamstwo.
Świat istnieje dalej. - Prawda?

Imperium istnieje
Rok pierwszy.
Rok drugi.
Rok trzeci? - To dopiero początek.
Rok czwarty.
Wiele lat.

Cytat na dziś

Dziecko służyło jej za łatwą wymówkę, gdy bywała roztargniona przy śniadaniu, nie przychodziła na obiad do teściów, rzadziej odwiedzała własną matkę i ze znużeniem przepraszała męża, kiedy w nocy pragnął seksu.

Włóczędzy Yiyun Li

czwartek, 18 listopada 2010

Cytat na dziś

Co można zrobi z pięknem? Można je podziwiać, chwalić, można je wzbogacać (albo przynajmniej się o to starać), można je wystawiać na widok publiczny; albo można je ukryć.
Miłośnik wulkanów Susan Sontag

środa, 17 listopada 2010

Chuligani w kapciach

    Internet to bez wątpienia wspaniały wynalazek. Niesamowicie ułatwia i przyspiesza komunikację - fundament dobrze działającego społeczeństwa - niezbędną w przyjaźni, jak i w sprawach zawodowych. To miejsce usprawniające edukację, dążenia do samorealizacji, rozwoju czy wystawianie się na krytykę, potrzebną przy tym ostatnim (czego przejawem jest chociażby niniejszy blog). W sieci można uzyskać pomoc na przeróżne tematy, poznać przyjaciół, a nawet miłość.
    Co więcej, Internet pozwala nam być tym, kim chcemy, a nie jesteśmy w rzeczywistości. Możemy nie tylko tworzyć profile z wymyślonymi danymi osobowymi, lecz nawet wyprodukować od podstaw nową personę, która mimo braku rzeczywistego, fizycznego odzwierciedlenia, po zalogowaniu będzie robiła furorę. To ważna cecha. Np. udzie nieśmiali mają okazję się wypowiedzieć; łatwiej też nawiązać kontakt.
    Ale.
    Internet to także otoczenie sprzyjające szerzeniu nienawiści i przemocy. Skrajnymi tego skutkami są strony nazistowskie, nawołujące do Białej Rewolucji. Z nimi stykamy się rzadko, jednak wiele przejawów agresji spotykamy na co dzień. Są one niby słabsze, delikatniejsze i mniej skuteczne. Patrząc na jednostki, owszem. Lecz gdy ująć je razem, obraz staje się okrutny. Są wszędzie. Te, z którymi mamy kontakt najczęściej, znajdują się na stronach przeznaczonych do koleżeńskich kontaktów.
    Na portalach społecznościowych możemy podzielić się z innymi naszymi myślami, zainteresowaniami, przygodami, zdjęciami. To skromny zarys możliwości, bo w sieci dane nam jest także umieszczać choćby upokarzające filmy, które czasami kończą się tragedią (wszyscy znamy historię dziewczynki sfilmowanej przez rówieśników, którzy potem publicznie pochwalili się swym nagraniem).
    To już przykład z węższej grupy niż ten z White Power, jednak podobnie skrajny. Są one przerażające, ale łatwość w szerzeniu nienawiści jeszcze wyraźniej obrazują zwykłe komentarze: pod zdjęciami, statusami, publikacjami. Lepiej uwidaczniają negatywną cechę Internetu dzięki swej liczebności. Roi się od nich niemal wszędzie. Nietrudno natknąć się na złośliwy komentarz pod zdjęciem na gronie czy wpisem na facebooku. Powtarzam: takie zjawiska wydają się nieznaczącymi, gdy widzimy je odosobnione, łącznie sprawiają zupełnie inne wrażenie.
    Śmiało można powiedzieć, że nienawiść przeniosła się do sieci (nie oznacza to wszelako jej eliminacji z “realu”). Tutaj łatwiej ją manifestować. Internauta czuje się bezkarnie obrażając innego, jakby nie było, publicznie. Nie musi patrzeć adwersarzowi w oczy, żeby sprawiać wrażenie twardziela. Ponadto może to robić anonimowo.
    Trzeba podkreślić, abstrahując nieco od tematu agresji, że użytkownik witryny internetowej może wypowiedzieć się na każdy temat, nie mając o nim najmniejszego pojęcia. I zdobyć popleczników. Takie wolność i swoboda bardzo kuszą.
    Wydaje mi się, że w sieci zachowania negatywne są szerzej rozpowszechnione niż w rzeczywistości. Wynika to na pewno z wyżej nakreślonych, wygodnych przymiotów tejże sieci. Co, wobec tego, takimi ludźmi kieruje? Przykre, upokarzające dzieciństwo? Brak sprecyzowanych ambicji, prowadzący do frustracji? A może zazdrość? Każdy z tych, i wielu innych, elementów gra odpowiednią rolę wśród powodów, którymi motywowani są chuligani w kapciach.
    Mimo wszystko przemoc internetowa wydaje mi się wciąż mniej szkodliwa (cóż za groteskowe określenie dla przemocy) od tej z ulicy (szkoły czy pracy zarówno). Fizycznie jest tak z pewnością, bo łatwiej sprowokować kogoś do ciosu w twarz niż doprowadzić się do podcięcia żył. Co do psychiki mam pewne wątpliwości, ale myślę, że na obecnym stadium rozwoju społeczności internetowych i przekonywania się ludzi do nich, mocniej jeszcze przejmujemy się doznaniami bez pośrednictwa monitora.
    Lecz wolę już te groźniejsze dla zdrowia przejawy emocji, gdyż są one jakby prawdziwsze. Filister nie odważy się wymądrzać na nieznany mu temat, kurczak nie będzie udawał twardziela. Gdy ktoś rzeczywiście chce być w czymś mocny, musi postarać się bardziej od tego, który ciska w kogo popadnie anonimowymi, nie związanymi z niczym oprócz jego psychiki, bluzgami.

piątek, 12 listopada 2010

W poszukiwaniu sensu życia

    Pukanie do drzwi dotarło do niego dopiero po paru chwilach. W końcu rzucił rozdrażnionym tonem:
    - Tak?!
    Weszła jego matka.
    - O co chodzi matko? Czytam.
    - Tak, wiem, Marcinku. Jak zawsze.
    - Prosiłem, byś nie zwracała się do mnie jak do dziecka.
    - Ależ ty jesteś moim dzieckiem! - pani Nohovel od kilku lat żyła w przygnębieniu. Jej jedyne dziecko w ogóle z nią nie rozmawiało. Bywały dni, że Marcin tak zagłębiał się w lekturze, iż nawet nie przychodził do kuchni, by coś zjeść. Czuła się wtedy winna, że jest głodny. Myślała, że jest złą matką. A przecież tak się starała. - Ale nie roztrząsajmy tego w tej chwili. Przyjechał dziadek. Może zechciałbyś zejść, by się przywitać?
    - Hmm, tak, oczywiście.
    - Dziadek też dużo kiedyś czytał - mówiła matka Marcina, już opanowana, ponownie z uroczym uśmiechem na młodej jeszcze twarzy - może będzie mogli porozmawiać na ten temat.
    - Tak, możliwe.

    Pan Mortimer Bukow, podpierając się elegancką laską, czekał u podnóża schodów. Obok niego stał jego zięć, pan Nohovel, przystojny, lekko posiwiały mężczyzna po czterdziestce. Rozmawiali na tematy klasyczne: o pogodzie, podróży gościa, zdrowiu (czy raczej jego braku).
    Wreszcie pojawiła się gospodyni, a za nią Marcin. Starzec ucałował córkę i uściskał wnuka, dodając tradycyjnie, że pamięta jak jeszcze nie dawno był małym szkrabem sikającym dziadkowi na spodnie, gdy ten trzymał go na kolanach. W rzeczywistości właśnie wtedy widział go po raz ostatni. Minęło dwadzieścia sześć lat.
    - Proszę tato, usiądź - zwróciła się do ojca pani domu, wskazując jeden z dwóch foteli stojących w dużym pokoju pod oknem.
    - Dziękuję, moja droga. Nasiedziałem się w podróży.
    - Napije się tata czegoś? - trafił w dziesiątkę Robert.
    - Piwa, jeśli można. Najlepiej zimne w butelce.
    - Oczywiście, ja też takie lubię.
    - To ja już wrócę do siebie - odezwał się nagle Marcin.
    - Nie zjesz z nami obiadu?
    - Dziękuję, nie jestem głodny.
    Po chwili, gdy Marcin odszedł, pan Bukow dostał chłodną butelkę i rzekł:
    - Wiecie co kochani, ja też nie czuję się głodnym. Porozmawiam z wnukiem.
    - Jak sobie życzysz, tato. Wiedz jednak, że to może nie być łatwe. Dasz radę wejść? Robercie, pomóż tacie.
    - Nie trzeba, dam sobie radę. Dajcie mi po prostu jeszcze jedną butelkę na później, jeśli można.
    - Oczywiście. - Robert podszedł do lodówki i wyjął z niej piwo - Proszę.
    - Ostatnie drzwi na prawo - rzuciła Natalia do oddalającego się już ojca.

    Marcin nie zdążył nawet otworzyć książki, a już rozległo się pukanie. Starał się zachować spokój.
    - Tak?
    - To ja - w drzwiach ukazał się dziadek - Nie pijesz piwa?
    - Nigdy nie próbowałem.
    - Najwyższy czas - pan Mortimer wyciągnął rękę z zamkniętą butelką w stronę wnuka.
    - Dziękuję… A… jak to się otwiera?
    - Daj, pokażę ci - dziarski sędziwiec wyjął z kieszeni zapalniczkę, drugą ręką złapał gwint butelki, włożył zapalniczkę między dłoń a kapsel i - puk! Marcin aż podskoczył - Nie bój się, to tylko kapsel.
    - Jak… jak to zrobiłeś?
    - To najprostsza dźwignia. Pokażę ci dokładniej na następnej butelce. - puścił oko do wnuczka. - No, to zdrówko.
    - I jak? - zapytał Marcina, gdy ten upił dwa łyki.
    - Świetne. Przepyszne.
    - Też tak sądzę. - pan Bukow odpalił długiego czerwonego marlboro, nie pytając o pozwolenie, a proponując młodemu amatorowi piwa. - Tego też pewnie nie próbowałeś.
    - To prawda.
    - Zapewniam cię, że papierosy są równie wspaniałe jak piwo. A połączenie tych dwóch smakołyków daje ogromną przyjemność.
    - Spróbuję - Marcin włożył papierosa do ust, dziadek podpalił mu go i rzekł:
    - Musisz wciągnąć dym głęboko do płuc. Za pierwszym razem się zakrztusisz, ale wierz mi - warto.
    Rzeczywiście, Marcin zakrztusił się. Lecz już po paru próbach jego drogi oddechowe polubiły dym.
    Mortimer Bukow dopił piwo i powiedział:
    - Będziemy mieli popielniczkę. Strząsaj popiół do butelki. Zaraz zawoła się twoją mamę, żeby przyniosła nam kolejne.
    Rozsiedli się fotelach, które wcześniej uprzątnęli z ubrań.
    - Widzę, że masz sporo książek. Pewnie dużo czytasz?
    - Właściwie cały czas. - Marcin odpowiedział nieśmiało, acz z nadzieją na ciekawą dysputę.
    - A co lubisz najbardziej?
    - Filozofię. Przez jakiś czas byłem na studiach filozoficznych, ale potem stwierdziłem, że to strata czasu i odtąd siedzę w domu i czytam. To już chyba ze trzy lata.
    A Natalia mówiła, że trudno będzie nawiązać z nim kontakt, myślał pan Mortimer, zaciągając się papierosem. Trzeba po prostu trafić w odpowiedni punkt; albo go czymś zaciekawić, tak jak z kapslem, albo mówić o książkach. Musiał spotykać samych nudnych ludzi, skoro tak się wyizolował.
    - Nie czytasz powieści?
    - Nie, szkoda mi na nie czasu i nie interesują mnie. Poza tym nie ma w nich nic ważnego.
    Słucham? - pan Bukow nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Nie wyobrażał sobie własnego życia bez powieści Singera, a tu słyszy, że nie ma tam nic ważnego.
    - A co ważnego jest w filozofii?
    - Jakto? - teraz zdumiony był Marcin - Poszukiwanie mądrości. Rozważanie najwyższych problemów naszej egzystencji i otaczającego nas świata. Roztrząsanie sensu naszego istnienia…
    - Chwileczkę młodzieńcze - przerwał starzec. - Czy wiesz ile mam lat?
    - Yyy, siedemdziesiąt?
    - Siedemdziesiąt dwa. Za młodu byłem bardzo podobny do ciebie. Uwielbiałem filozofię. Też nie chciałem tracić czasu na nic innego. Planowałem, że napiszę genialny traktat na temat sensu życia, a gdy tego dokonam - zakończę swoje życie, bo wcześniej zrobię wszystko, co mógłbym uczynić. Tak jak ty tutaj, siedziałem do czterdziestego roku życia. Cały czas czytając i rozmyślając o moim dziele. Naciskała na mnie myśl, że tego sensu, którego poszukiwałem całe życie, nie ma. Załamałem się. Myślałem o samobójstwie, oczywiście z innych już powodów niż w młodości. Opuściłem mój pełen książek pokój. Głowę miałem napęczniałą tymi wszystkimi bzdurami Platona, Augustyna, Kartezjusza, Kanta itede itepe. Źle mi się robi na samo wspomnienie ich nazwisk. Gdy wyszedłem na świat, patrzyłem na ludzi: jednych uśmiechniętych, innych smutnych. Wiedziałem, że są o wiele szczęśliwsi ode mnie. Poszedłem do sklepu z odzieżą, który reklamowały billboardy. Kupiłem ładne ubranie. W oknie mijanej księgarni ujrzałem duży napis: “Dzieła najlepszego autora powieści obyczajowych - Isaaca Bashevisa Singera”. Postanowiłem kupić jedną z jego książek. Potem kupiłem papierosy, ponieważ paliło je mnóstwo osób; poszedłem do kawiarni i popijając kawę uczyłem się zaciągać. Następnie zacząłem czytać książkę Singera. Po jakimś czasie przeniosłem się do pubu, gdzie  popijając piwo przeczytałem książkę do końca. Robiłem tak codziennie przez dwa tygodnie. Pochłonąłem około jednej trzeciej twórczości Singera. Teraz musiałem znaleźć miłość. Znalazłem. Półtora roku później urodziła się twoja matka. Pisałem do lokalnej gazety, mieszkaliśmy w małym domku i byliśmy ogromnie szczęśliwi. Poszukiwałem tego przez dwadzieścia lat bezskutecznie, a okazało się, że potrzeba o wiele mniej czasu. Wcześniej szukałem po prostu w złym miejscu.
    Starałem się jeszcze odwdzięczyć moim rodzicom, którzy dbali o mnie, gdy na ich utrzymaniu czytałem wymysły, nic nie mówiące o niczym. Niedługo później matka umarła, potem ojciec. Nie mogłem sobie wybaczyć, że nie miałem kiedy nacieszyć się nimi i ich nacieszyć sobą. Dziecko to największe szczęście, a ja im je zabrałem.
    W Certyfikacie Singer pisał: “Zmarnowałem najlepsze lata życia, czytając bez celu książki, rozważając odwieczne pytania”. Mam wszystkie jego dzieła. Przyślę ci je, a ty obiecaj, że je przeczytasz. I nie stracisz takiego szmatu życia jak ja. Wciąż możesz złapać wiele szczęścia. Nie czekaj tak długo jak ja. I pamiętaj, do szczęścia nie jest potrzebne rozważanie jakichś wzniosłych spraw. Przeważnie tak wzniosłych, że nie mających nic wspólnego z naszym rzeczywistym życiem. Do szczęścia potrzebna jest miłość.
    Marcin siedział jak zamurowany. W palcach trzymał wygasłego papierosa. Po paru chwilach oprzytomniał. Wrzucił peta do pustej butelki. Zawartość swojej wypił duszkiem. Spojrzał na dziadka, który odpalał papierosa.
    - Mogę?
    Starzec z kieszeni marynarki wyjął nie otwartą jeszcze paczkę i wręczył wnukowi. Wiedział, że przekonał potomka do prawdziwego życia. Cieszył się z tego niezmiernie, bo znaczyło to, iż  egzystencja syna jego córki będzie lepsza.
    Marcin podpalił papierosa i zapytał:
    - Idziemy na dół? Zjemy z moimi rodzicami obiad, napijemy się piwa, porozmawiamy.
    - Pewnie. - odpowiedział ze szczerym uśmiechem pan Mortimer.
    Młody adept, po pierwszym piwie w życiu, wstając, lekko się zachybotał, na co obaj zareagowali śmiechem.

wtorek, 9 listopada 2010

Ajskrimistka

    Od kilkuset lat kobiety zapładniane są spermą z banków nasienia. Zapłodnienie przez stosunek płciowy jest zabronione. Wynikło to z opanowania świata nową religią - Ajskrimizmem, która uznaje stosunek seksualny za niedopuszczalny. Panuje propagowane przez nią powiedzenie: W czystym ciele czysty duch.
    Mężczyźni mogą onanizować się pierwszego dnia co piątego roku. Spermę muszę umieścić w pojemniku i przekazać do banku. W ten sposób nie zagraża się ciągłości gatunku. Małżeństwo może złożyć wniosek z chęcią kobiety do zajścia w ciążę. Po wstępnym jego przyjęciu przeprowadza się dokładne badania narządów płciowych zgłoszonej. Jeśli biologicznie może zajść w ciążę, a jej narządy nie są w żaden sposób naruszone, czyli nie miała nigdy stosunku, zezwala się na zapłodnienie - pierwszego dnia w roku.
    Wszystkie dzieci rodzą się we wrześniu, wszyscy obchodzą wspólne urodziny. To kolejny dogmat Ajskrimizmu. Ostatniego dnia dziewiątego miesiąca we wszystkich miejscach na świecie odbywa się wielka urodzinowa ceremonia. Poseł - odpowiednik katolickiego proboszcza - osobiście składa każdemu życzenia i całuje w czoło. Tak bliskie doznanie fizyczne jest dozwolone tylko przy tej okazji. To najpiękniejsze doświadczenie - podczas największego święta.
   
    Kobiety nie mogą się onanizować. W pierwszym miesiącu co piątego roku, tego w którym mężczyźni składają swoje DNA do banków, odbywają się obowiązkowe badania. Jeżeli podczas badań ginekologicznych zostanie zauważone jakieś naruszenie, nie tylko zabrania się takiej osobie zajścia w ciążę - oprócz tego staje się banitką.
    Energia buzująca w organizmie niezaspokajającym popędu płciowego wykorzystywana jest w pracy. Gdy u kogoś zaobserwuje się obniżenie poziomu wykonywanych obowiązków, przeprowadza się test pozwalający wykazać złamanie przysięgi.
    Nieprawidłowości zdarzają się rzadko. W światowym społeczeństwie przeważa ilość przykładnych wierzących. Jeśli ktoś nie wytrzymuje i łamie zasady, kończy się to zwykle jego wygnaniem.

    Gdy Liza przyszła na świat, niczym się nie wyróżniała. Jak to za niemowlęctwa. Po paru latach zaczęła się uwidaczniać jej niepospolita uroda. W tych czasach uznawano ją za zły omen. Ajskrimizm uważał piękną urodę ludzką za nieetyczną i znieważającą to, czego bronił.
    Liza wyrosła na piękną kobietę o gęstych blond włosach, pełnych ustach, kształtnych piersiach i zgrabnej sylwetce. Skończyła szkołę z dobrymi wynikami. Pracowała w archiwum jednego z banków nasienia. Dostała odpowiedzialną funkcję w postaci porządkowania katalogów, sprawdzania czy wszystko działa jak trzeba - tak, by nie okazało się, że jakaś kobieta urodzi dziecko zupełnie niepodobne do jej męża.
    Czasami musiała zejść do magazynu, by skontrolować sytuację, sprawdzić to czy owo.
    Raz, obserwując półki z pojemnikami ze spermą, poczuła delikatny, nieznany jej, zapach. Polegając na swym nosie, starała się zlokalizować miejsce, z którego dochodził. Im bardziej się zbliżała, tym dziwniejszy ogarniał ją stan. Nigdy nie czuła czegoś takiego.
    Wreszcze udało się jej odnaleźć tajemniczy obiekt - był to rozszczelniony pojemnik z nasieniem. Gdy wzięła go do ręki, nowe uczucie sięgało zenitu.
    Otworzyła słoiczek, przez co zapach nasilił się jeszcze mocniej. Ciekawość wespół z podnieceniem kazały jej wyciągnąć palec do odsłoniętej gęstej cieczy, dotknąć jej i w końcu posmakować. Potem dwa palce. Wylizała je dokładnie wkładając sobie do ust. Aż wreszcie przechyliła pojemnik nad ustami i wylała zawartość na język. Delektowała się przez chwilę odkrytym smakiem, po czym przełknęła.

    Po tym niesamowitym wydarzeniu często szukała pretekstu, by odwiedzić magazyn. Później robiła to bez żadnych oficjalnych przyczyn. Nie czuła wstydu przed samą sobą, nawet się nie zastanawiała. Stała się szczęśliwsza. Sprawiało jej to taką przyjemność, że nie przyszło jej do głowy psuć sobie nastroju przemyśleniami, czy nie robi czegoś złego.
    W magazynie nic nie zauważono, w końcu to ona opiekowała się jego zawartością. Nikt nic nie wiedział.
    Dostała propozycję awansu połączoną z przeniesieniem, po którym straciłaby możliwość zapędzania się do magazynu. Odmówiła. Zdziwiono się jej decyzją. Tłumaczyła, że nie chce się przenosić, dobrze jej tam, gdzie jest.
    Po tej sytuacji zaczęła się frapować, czy w jakiś sposób nie szkodzi swoją manią. Jednak pomimo tego, że naszły ją refleksje, nie przestawała.
    Stało się to jej nałogiem.
    Po pewnym czasie nie potrafiła przeżyć bez tego choćby dnia.

    W mieście, na które przypadał bank nasienia, w którym pracowała Liza, zauważono znaczący spadek liczby urodzeń w porównaniu z poprzednim rokiem. Nie przejęto się tym, uznając, że to skutek mniejszej liczby chętnych do powiększenia rodziny.
    Liza zdenerwowała się, że może to być powodem jej tajemnych upodobań. Później podświadomie oszukiwała się, że oficjalne wyjaśnienie jest słuszne. I upajała się dalej.
    Otrzymała kolejną propozycję awansu. Tym razem bez przeniesienia i ze skokiem zawodowym, bo na dyrektor banku.
    Rok później spadek był drastyczny. Poproszono dyrektor banku nasienia o szczegółowy raport z ostatniego roku. Liza nie pozwoliła zarządowi miasta martwić się w najmniejszym stopniu, zapewniając solennie, iż wszystko ma się jak należy.
    Tak zaimponowała zarządowi swoim sprawozdaniem, że pochwalono ją w ministerstwie. Starała się robić jak najlepsze wrażenie, wypełniać swoje obowiązki i zdobywać zaufanie ludzi.
    Kończyła się kadencja obecnego prezydenta miasta. Przy obsadzaniu tej funkcji nie stosowało się wyborów demokratycznych, chętni nie mogli się nawet zgłosić na kandydata. Zostawała wybierana osoba, która najlepiej sprawowała się przez minione dwa lata na  stanowisku dyrektora. Jakiś wiceminister w imieniu prezydenta państwa wybierał kogoś spośród dyrektorów i dyrektorek danego miasta. Wybraniec zatrzymywał poprzednią posadę, by nie pozbawiać miasta świetnego dyrektora, a do niej dodawano obowiązki prezydenta miasta, które pełniło się dożywotnio, chyba, że społeczeństwo domagało się zmiany prezydenta na podstawie niepokojących wydarzeń.
    Wybrano Lizę.
    Nie musiała się już obawiać niczego.
    Gdy kolejnego dziewiątego miesiąca roku nie urodziło się żadne dziecko, użyła swego nieetycznego wdzięku, wyjaśniła szokujące zjawisko małymi problemami technicznymi w banku nasienia i ludzie dalej byli spokojni. Rok później sytuacja powtórzyła się. Liza nie pozwoliła, by jakaś niesprzyjająca jej informacja przeciekła wyżej. Na wszelki wypadek miała wymyśloną reakcję, która nie mogła jej zawieść.
   
    Tak mijały lata, w ciągu których Liza poiła się podnieceniem i - spermą. W ten sposób, w ciągu swego długiego życia, doprowadziła do zacofania i obumarcia miasta, aż w końcu do jego zupełnego zniszczenia.

Carpe diem

    Najbardziej odpowiednim Cytatem na dzisiaj jest z pewnością Carpe diem. Dlaczego?
    Bułgarka Wangelija Pandewa Dimitrowa nie posiadała zdolności zwykłego widzenia (jej oczy uległy uszkodzeniu, co doprowadziło do utraty wzroku), została natomiast obdarzona możliwością jasnowidzenia. Na jej koncie potwierdzonych przepowiedni widnieją między innymi rozpad Związku Radzieckiego czy katastrofa w Czarnobylu. Ponadto wyrocznia ta, znana jako Baba Wanga, rzadko się myliła.
    Według jej wizji, na jutro przypada dzień rozpoczęcia trzeciej wojny światowej.
    Trzymając się zasady indukcjonizmu, którą kierujemy się zwykle w naszym życiu, można (ba! należy) śmiało założyć, że skoro zacnej niewidomej pani udało się przewidzieć tak doniosłe wydarzenia, najprawdopodobniej jej kolejne, jasne widzenie okaże się słuszne.
    Nadszedł pożegnania czas, kochani. Trzeba to powiedzieć wprost - ratunku nie ma. Powód ma leżeć w konflikcie lokalnym. A przez jego rozrośnięcie półkula północna powinna ulec całkowitemu zniszczeniu za pomocą broni nuklearnej i biologicznej.
    Gdy pokażemy nasze wojsko - któremu przewodził będzie chyba sam generał Bóg, bo przecież jego ziemskich zastępców już straciliśmy - taki stanowczy ruch obronny zostanie niewątpliwie odebrany zupełnie negatywnie - jako zalążek agresji. Jak wiemy, akcja prowadzi do reakcji. Tak więc w obawie o świat - świat odpowie. Rozpęta się III Wojna Światowa.
    Nie trudno stwierdzić, że szansy mamy marne. I tak, próba zabezpieczenia się przed spełnieniem oczekiwań pani bez oczu, doprowadzi do ich urzeczywistnienia. A co za tym idzie - naszej zagłady.
    Chwytajmy ostatni dzień i noc.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Panowie, bądźmy dżentelmenami

    Starajmy się być miłymi dla pań. Ze względu na własne dobro. Czas powiedzieć to już nie tylko otwarcie, ale i z Caps Lockiem: NADCHODZĄ CZASY KOBIET!
    Płeć piękna - wcale nie jedynie protestujące i zwane przez faszystów brzydkimi feministki - lepiej zniosła kryzys: w Stanach Zjednoczonych na cztery zwalniane miejsca pracy tylko jedno piastowała kobieta. Okazuje się, że panie lepiej od mężczyzn radzą sobie ze stresem, w zagrożeniu szybciej znajdują wyjście z sytuacji i potrafią sprawniej pracować w zespole. Rodzin, w których żona ma wyższe od męża wykształcenie jest już więcej, niż tych z odwrotną pozycją. Zaś takich, gdzie gospodyni zarabia więcej niż "pan domu" przybywa - stanowią już około jednej czwartej. A, w krajach OECD, większa liczba osób podejmujących studia zalicza się do której płci? - oczywiście żeńskiej.
    Co za tym wszystkim idzie? Nie wystarczy podejść do dziewczyny i wskazać miejsce pobytu czarnego BMW, prezentując wydatność swojego bicepsa. Chłopaki! teraz, żeby poderwać dziewczynę, trzeba książki czytać.
    Jakby tego wszystkiego było mało zwiększanie liczby miejsc pracy obsadzanych przez kobiety opłaca się. To już nie działania emancypacyjne, lecz biznesowe.
    Drodzy bracia płci, nie bez powodu pana domu wziąłem wyżej w cudzysłowie. Przed nami wiek kobiet. A na jednym, dwudziestym pierwszym po pewnym mężczyźnie, pewnie się nie skończy. Przeto apeluję: bądźmy mili dla... naszych przyszłych szefowych.

Cytat na dziś

Kalbe sypiał z Eduszą i Bellą, a potem podjął pracę w Gdańsku. Zapewne poślubił tam jakąś bogatą, młodą kobietę. Nienawidziłem go, bo zachowywałem się dokładnie tak jak on.


Z Certyfikatu Isaaca Bashevisa Singera.

niedziela, 7 listopada 2010

Katolickie plemię

    Spotkałem się dzisiaj z kolegą. Jak zwykle, poszliśmy skrótem przez cmentarz. Chwilę po wejściu na jego teren, kolega zapytał, czy nie będzie mi przeszkadzało, jeśli się pomodli, skoro jest na cmentarzu. Odpowiedziałem, że to jego sprawa. Gdy ów złożył dłonie, ja myślałem: Hm, dlaczego akurat na cmentarzu? Tysiące razy tędy przechodziliśmy, a modli się po raz pierwszy. E, nie ważne. Dalej rozmyślałem nad ogółem wiary i ludzi wierzących, starając się zachować spokój i powtarzać w myślach: Ich sprawa. To ich sprawa. Spokojnie. Ich sprawa - ich problem.
    Tymczasem kolega zakończył modlitwę. Powiedział, że chciał pomodlić się na cmentarzu, ponieważ trwa obecnie oktawa. Ha! wiedziałem, że coś się kręci. Gdy napawałem się dumą z mej bystrości, zaproponował wyjaśnienie, cóż to jest, ta oktawa. Jeśli chciałbym wiedzieć oczywiście. Ja, jako myśliciel, zrazu zacząłem myśleć, czy bym chciał. Żeby nie marnować czasu, którego mało przecież w życiu doczesnym, kolega zaczął tłumaczyć. Jakoż, ja zacząłem słuchać. I co się okazało: oktawa to okres ośmiu dni od święta, włącznie z dniem tegoż, czyli teraz mamy oktawę od pierwszego listopada - Wszystkich Świętych. Przez te osiem dni, jeśli dwa razy w ciągu dnia pomodli się, będąc na cmentarzu, wyciąga się jedną duszę z czyśćca.
    W między czasie cmentarz zostawiliśmy daleko za sobą. Parę kroków później przypomniałem sobie przygodę, jaka przydarzyła się Pascalowi Boyerowi. Pozwolę sobie zacytować tutaj opis najpierw badań Boyera wśród ludu Fang w Kamerunie, a później wspomnianej przygody, w której lud Fang odgrywa ważną rolę. Oba opisy wykonał sam bohater (przywołuję za Bogiem urojonym R. Dawkinsa):

[…] czarownice mają dodatkowy wewnętrzny narząd, coś jak zwierzę, które wylatuje nocą i niszczy ludziom plony i zatruwa krew. Mówi się też, że czasem czarownice spotykają się na wielkich ucztach, na których pożerają swe ofiary i planują przyszłe zdobycze. Wielu ludzi opowiadało mi, że pewien znajomy ich przyjaciela na własne oczy widział czarownice latające nocą nad wioską na liściu bananowca i ciskające magiczne zaklęcia na niczego nie spodziewające się ofiary.

Podczas któregoś obiadu w Cambridge opowiadałem gościom o swoich egzotycznych przygodach, również o wierzeniach ludu Fang. W pewnej chwili jeden z nich, ceniony teolog, zwrócił się w moją stronę i powiedział: “To właśnie czyni antropologię tak fascynującą i tak trudną dyscypliną zarazem: trzeba wyjaśnić, w jaki sposób ludzie mogą wierzyć w takie nonsensy.” Przyznam, że w pierwszej chwili osłupiałem. Zanim zdołałem znaleźć właściwą odpowiedź, rozmowa zeszła na inny temat, ktoś zaczął coś mówić o czajnikach i kociołkach.

    Ja, podczas mojej przygody, zareagowałem podobnie jak Boyer. Odruchowo uśmiechnąłem się, a jeśli chodzi o odpowiedź, zdołałem jedynie wypluć: No, dobra.

Z cyklu "Marzenia"

    Budzę się jak zwykle koło ósmej, pierwszą rzeczą jaką robię jest zapalenie papierosa. Leżę w łóżku, oparty ogłową o ścianę, trzymając popielniczkę na brzuchu, wykonując mechanicznie jednostajny ruch prawą ręką: od ust do popielniczki i z powrotem. Rozglądam się z uśmiechem po mojej kawalerce: kanapa, fotel, stolik, parę taboretów, odgrodzona niby-barkiem kuchnia, szafa schowana w ścianie - jedynej nieukrytej za książkami, biurko - oraz łóżko pode mną.
    I rozmyślam. Najpierw myślę o tym, jak mi dobrze. Jak przyjemnie jest budzić się dopiero koło ósmej, wyspanym, pełnym werwy i twórczego potencjału. I nie musieć zapierdalać do tramwaju, jak ci wszyscy biedni karierowicze. I nie martwić się. Mieć wypłatę z ostatniej publikacji, która wystarczy na najbliższe dwa tygodnie miłej egzystencji. I czas na napisanie kolejnego tekstu i zarobienie pieniędzy na następne dwa tygodnie. Jak cudownie mieć spokój. I robić to, co się lubi, i jeszcze mieć z tego utrzymanie.
    I, zaciągając się głęboko, planuję mój cudowny dzień: zaraz wstanę, wyjdę na balkon przywitać się z dzielnicą, wchodząc z powrotem zostawię drzwi otwarte, by wpuścić życiodajną rześkość młodego świata (nawet tutaj, na Mokotowie, potrafię ją poczuć). Włączę jakiegoś mocnego rocka, najlepiej Sabatona. Odleję się, wskoczę pod prysznic. Włączę ekspres do kawy, usiądę w fotelu z laptopem i czekając na poranny eliksir odwiedzę fejsbuka i mojego bloga. Gdy kawa jest gotowa, wciągam z rozkoszą jej zapach - woń siły, wolności i twórczego dnia, upijam dwa łyki, stawiam kubek na stoliku przy fotelu, odpalam papierosa, wyłączam muzykę i biorę książkę.
    Mniej więcej po godzinie muszę przerwać lekturę, bo rozrywa mnie wena. Żeby sobie ulżyć, siadam z laptopem przy biurku i spuszczam palce i myśli ze smyczy. Pierwsze biegają po klawiaturze, drugie werbalizują się na monitorze, w postaci dziwnych znaczków, zwanych literami. Ograniczam trochę palce, dwa z nich sklejając papierosem, lecz nie przeszkadza im to, by swobodnie poruszać się w swym żywiole. Po półgodzinie mam sporą część opowiadania. Jak zwykle marna natura ludzka i jej bezsens nie mogą zostać pominięte. Dobrze, że chociaż niektórzy są jeszcze na tyle mądrzy, żeby czytać taką prozę.
    Przerywam i zmierzam w kierunku czegoś, co u niektórych nazywa się kuchnią, by uciszyć kiszki. Jem coś, na co nie zwracam szczególnej uwagi i przeglądam w Internecie aktualne wiadomości. Od razu myję naczynia, by nie zbierał mi się artystyczny syf - w myśl zasady, którą, po kilkunastoletnich staraniach, udało się wpoić we mnie mojemu ojcu: jak masz bałagan w pokoju, to i w głowie.
    I znowu książka plus papieros. Bosko.
    Kończę książkę, odkładam ją na półkę i zapisuję w zeszycie, w którym od siedemnastego roku życia notuję tytuły, autorów i daty czytania wszystkich książek. W tym roku przeczytałem już sto dwadzieścia sześć książek, a jest dopiero maj. Kiedyś, gdy jeszcze byłem w szkole, czytałem mniej w ciągu całego roku.
    Nie zastanawiam się długo przed wzięciem następnej, wiem co chcę przeczytać i na mam ochotę. I czytam to. Czasami muszę w pierwszej kolejności przeczytać coś, co jest mi potrzebne do napisania publikacji. Rzadko zdarza się, że otrzymuję jakieś konkretne zamówienia. Zazwyczaj nie mam problemu ze sprzedaniem tego, co moje palce za pomocą klawiatury prześlą od mózgu do komputera.
    Po dwustu stronach zabieram się do robienia obiadu. To dobry sposób na ucieczkę od świata. Poczarować z garnkami przy akompaniamencie dobrej muzyki i aromacie dymu papierosowego. Mam ochotę na szpinak. Może naleśniki ze szpinakiem? Albo makaron. Po godzinie obiad jest we mnie.
    No to papierosek i książeczka.
    Robią się okolice piątej po południu. Czas udać się na medytacje na tronie. Moja mama dzwoni jak zwykle w najbardziej odpowiednim momencie:
    - Cześć synku.
    - Cześć mamo.
    - Przyjedziesz do nas na obiad w niedzielę? Zrobię schabowe z ziemniaczkami.
    - Oczywiście, że przyjadę. Jak zawsze.
    - A może przedstawiłbyś nam wreszcie swoją narzeczoną?
    - To chyba kiepski pomysł. Namówiłabyś ją, żeby zrobiła ci wnuki. A ględzenie o dzieciach to ostatnie na co mam ochotę. A poza tym nie jest moją narzeczoną.
    - A kiedy ty nas zaprosisz do siebie? Ostatni raz byliśmy u ciebie, gdy się wprowadzałeś.
    - Kiedyś was zaproszę. Teraz chcę odwiedzić nasz rodzinny dom.
    - No dobrze, skarbie, to nie będę ci już przeszkadzała, pewnie coś teraz piszesz albo czytasz?
    - Tak mamo, jak zawsze.
    - To do zobaczenia w niedzielę. Trzymaj się.
    - Wy też się trzymajcie, uściskaj tatę ode mnie - staram się być jak najmilszy dla matki. Moja siostra krytykuje i reżyseruje sztuki teatralne we Francji, brat konstruuje roboty w Japonii, z trojga dzieci tylko ja pozostałem w kraju. Na dodatek myśli, że na pewno niedługo zachoruję i umrę, przez to, że palę, więc chce się mną nacieszyć.
    Z ojcem widuję się częściej. Wciąż, korzystając ze swoich kontaktów, zabiera mnie na różne wydarzenia, gdzie mam okazję poznawać wiele światłych osób i wdrażać się w intelektualistyczne towarzystwo.

    Pod moim blokiem jest nietypowy sklep spożywczy. Nietypowy dlatego, że dostawę pieczywa mają tam o godzinie osiemnastej. Dla mnie idealnie - akurat na kolację i jutrzejsze śniadanie. Gdy tylko przekraczam próg, pani Jasia wita mnie uśmiechem i słowami: “Dzień dobry, młodzieńcze. Coś dzisiaj późno pan zawitał - już pięć po!”. Odwzajemniwszy uśmiech wrzucam do jednego woreczka sześć bułek, do drugiego dwa pomidory i kładę na ladzie, gdzie już czeka na mnie dwadzieścia deko goudy i paczka Cameli. Od półtora roku codziennie robię tu identyczne zakupy. Proces zapłaty przedłuża się przez przyjazną pogawędkę, ale po dwudziestu minutach znowu jestem w mojej pustelni.
    Po ułożeniu zakupów zaglądam do Internetu. Blog, wiadomości, fejsbuk. O! morda pisze. Tradycyjnie, umawiamy się z chłopakami na wieczór w męskim gronie za kilka dni.
    Hm, obejrzałbym jakiś film. Zobaczmy co teraz grają. Najlepiej w Lunie albo Feminie. Co prawda do Galerii Mokotów mam najbliżej, ale trudno, podjadę. Nie lubię tych wielkich kin, gdzie pokazują same wysokobudżetowe komerchy.
    Może zadzwoniłbym do Marty. Ostatnio jej odmówiłem i nie widziałem się z nią już chyba dwa tygodnie. Nareszcie znalazłem dziewczynę, przy której mam dużo czasu dla siebie. Ale należałoby się odezwać. Zwłaszcza, że na pewno będzie przyjemnie. W nocy odwdzięczy się za zaproszenie, rano zrobi śniadanie, a później pojedzie na zajęcia i znowu będę miał spokój. A poza tym - kocham ją.
    - Cześć kochanie!
    - Hej mała. Chciałabyś się jutro wybrać do kina? W Lunie, o dwudziestej, grają Chrzest.
    - No pewnie. To tam są te podwójne fotele dla par, prawda?
    - Dokładnie tak. To jak, o siódmej na patelni? Zrobilibyśmy sobie jeszcze mały spacerek.
    - Okej. To do zobaczenia jutro, miśku.
    - Buziaczki, kocie.
    - Mrrr. Ha ha. Cmok cmok.
    - Pa pa pa.
    Załatwione. A teraz, powrót w objęcia fotela, do książki.
    Około dziewiątej zjadam połowę tego, co kupiłem parę godzin wcześniej, po czym siadam przy biurku i wypuszczam na wybieg moje palce i myśli. Mniej więcej dwie godziny po północy staczam się z krzesła, zrzucam z siebie ciuchy i padam na łóżko. Mimo zmęczenia nie mogę zasnąć. W ciemnościach palę papierosa i rozmyślam: o tym, co aktualnie czytam i piszę, o ludziach - ich losie, obyczajach, skłonnościach i tak dalej, o wszechświecie, o mojej dziewczynie. Gaszę papierosa i przekręcam się na bok, gdzie czeka na mnie sen.

Cytat na dziś

Doświadczyłem tego, co świat nazywa powodzeniem - podróży, ciepłych łóżek, jazdy pierwszą klasą w pociągach i wszystkich tych bzdur. Nie są warte prochu, którym można by je wysadzić.


Zaczerpnięty z Certyfikatu Isaaca Bashevisa Singera

czwartek, 4 listopada 2010

Kraty w szkolnych oknach

Nie daje mi spokoju to, jak szkoła ogranicza moją samorealizację. Staram się przygotowywać do olimpiady, w międzyczasie płodzić wiersze na konkurs, pisać, dużo czytać. Czyli - robić to, co mnie interesuje, co lubię. Lecz, gdy już zagłębiam się w antyindukcjonizm Hume'a, do wrót mego umysłu kołacze termin sprawdzianu z biologii.
Nie twierdzę, że znajomość biografii tasiemca, bądź liczby cząstek w molu, jeśli tym razem przywołamy chemię, jest nieprzydatna w spokojnym żywocie. Niestety występuje pewien problem: to mnie nie interesuje, nie czuję tego (chyba, że na lekcji chemii pojawia się kwas siarkowodorowy). Z tego powodu jest mi cholernie ciężko skupić się na danym przedmiocie i poświęcić czas na wpojenie jego tajników. Zwłaszcza, że przy próbach nauczenia się na sprawdzian, nachodzą mnie myśli: Kurczę, gdybym nie musiał wkuwać o tych mięśniach gładkich, czy innych prążkowanych, mógłbym czytać Dicka.
Czeka na mnie kilka rozpoczętych opowiadań, których nie mam kiedy dokończyć. Wiele nienaszkicowanych nawet pomysłów. Czeka charyzma, na którą nie mam czasu.
Dzisiaj awers do szkoły objawił mi się nadzwyczaj wyraźnie. Czułem kipiący we mnie potencjał, chciałem wrócić do domu, usiąść przed komputerem i zacząć pisać, a musiałem siedzieć na lekcji niemieckiego, nie rozumiejąc "o czym się do mnie rozmawia". Po paru lekcjach werwa tworzenia połączyła się z chęciami do nauki i teraz latają sobie, czort jeden wie gdzie.

Z tego wszystkiego zacząłem rozmyślać o porzuceniu szkoły. Niestety to nie takie piękne, jakby mogło się wydawać. Zapewne rodzice wymagaliby ode mnie, żebym pracował, więc znowuż nie miałbym czasu. (Problem z tym, że mogę nie zdać z takiej biologii, co byłoby jego ogromną stratą.)
Tak czy siak jest to chyba kiepski pomysł. Mimo, że nie chciałbym pracować w stylu "to twoje biurko, pięć dni w tygodniu, od ósmej do szesnastej, święta wolne", to nigdy nie wiadomo czego trzeba będzie się kiedyś łapać, a wówczas przydałby się papierek. Nie mógłbym też pójść na studia, które, przy wyborze interesującego kierunku, zdają się być czymś jak najbardziej pozytywnym .
W przyszłym roku nie będę miał już biologii, chemii, fizyki. Także pozostało mi przeboleć te kilka miesięcy stosowania metody ZZZ - Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć. Wysłuchiwania, że jeśli chcę być inteligentem (Tak jakbym chciał!), muszę znać wzór na prawo Ohma i żebym zapytał się mojej siedemdziesięcioletniej babci, a zobaczę, że całe życie się takie rzeczy pamięta. (Zapytałem jej syna, mającego za sobą gimnazjalną olimpiadę z fizyki i klasę mat.-fiz. w liceum, no i zobaczyłem - figę, bo nie pamięta.) A potem przyłożyć się do trzeciego nakazu z powyższej zasady.
I zająć się nauczaniem naczelnej prawdy - że życie nie ma sensu.

środa, 3 listopada 2010

Bendyk poleca: "Sztukmistrz z Lublina"

Sztukmistrz z Lublina to filozoficzna powieść Isaaca Bashevisa Singera, laureata literackiej Nagrody Nobla za rok 1978, świetnego żydowskiego pisarza zarówno pod względem treści, jak i formy.

Jasza Mazur jest sztukmistrzem. Jego żona, Estera, mieszka w ich domu w Lublinie, lecz on większą część roku podróżuje z występami w towarzystwie swoich cyrkowych zwierzątek i asystentki. Nie cieszy się wysokim poważaniem, rzadko odwiedza świątynię, nie nosi brody. Jest romantykiem, ma wiele kochanek naraz, niczym żeglarz - w każdym mieście inna. Podczas gdy jego bezpłodna żona tęskni, on żyje rozpustnie. Każda z kobiet sztukmistrza ma świadomość, że nie jest jedyną, lecz żadna nie potrafi mu odmówić - podobnie jest z nim samym. Jasza planuje nową sztuczkę - salto na linie. Trąbią o tym gazety w całej Warszawie, gdzie ma wystąpić po raz pierwszy od ostatniego pobytu w Lublinie. I wtedy zaczynają się kłopoty. Rozwiązłe życie zaczyna się komplikować. Dochodzi do tragedii. Myślał, że hipnotyzuje innych, niby jak w cyrku, a okazuje się, że jednocześnie hipnotyzował - siebie.
To wszystko zmusza go do refleksji, której skutki okazują się szokujące.

Książka popycha do rozmyślań nad tym, jak żyć.

Artysnob

- Kochana, jesteśmy dla siebie stworzeni. Ogromnym argumentem za tym przemawiającym jest to, że nasze nazwiska zaczynają się na tę samą literę. A więc po ślubie ze mną - oczywiście cywilnym, kościelne to przeżytek - ze zmiany nazwiska będziesz miała tylko korzyści. Twój pseudonim artystyczny nie zmieni się, bo zakładam, że jak u każdego szanującego się artysty są nim twoje inicjały. Bo zakładam też, że jesteś artystką - moja wybranka nie mogłaby nie być artystką, a jestem pewien, że mój instynkt kochanka nie zwodzi mnie na manowce. Nie rozwiązałem jeszcze zagadki, jaką dziedziną sztuki się zajmujesz, ale solennie nad tym pracuję - dokładnie pięć, tak, całe pięć minut dziennie. Najrzadziej co dwa dni. Czasami co trzy, ale to tylko wtedy, gdy mam wyjątkowo rozczochraną fryzurę po przebudzeniu się i ułożenie jej zajmuje mi mnóstwo czasu. Och, nie powinienem był zdradzać tej ohydnej tajemnicy moich włosów! Zapomnijmy o tym. Kolejnym plusem jest to, że będziesz nosiła tak prześwietne nazwisko, jakim jest moje - rozpoznawane i okryte chwałą. Oczywiście łączy nas też to, że oboje nie znosimy tego chama Kazika, który bezczelnie śpiewa “wszyscy artyści to prostytutki”. A więc jestem dla ciebie wymarzonym mężem. A ty dla mnie żoną, ponieważ każdy artysta powinien mieć piękną żonę. Jestem przekonany, że jesteś piękna. Wielu moich znajomych się z tym nie zgadza, ale to zwykli szaracy i dyletanci, nie mający nic wspólnego ze sztuką. Ja nie muszę się nawet chwili zastanawiać nad twoją urodą, wiem, że mam rację.
    Gdy z przejęciem mówiłem do niej te słowa, z chwili na chwilę robiła się coraz bardziej czerwona. Dostrzegłszy to uznałem, że ogromnie podnieca ją moja mowa, więc kontynuowałem z ambicją. Kiedy skończyłem, gotowy przyjąć gorącego całusa na me usta, ona - będąc już wręcz purpurową - trzepnęła mnie w policzek, odwróciła się na pięcie i pognała do wyjścia (co warte zaznaczenia: wyjścia z najdroższej restauracji w mieście. Za dobre, trzeba dużo zapłacić, ale ja nie jadam byle gdzie). Z początku byłem przekonany, że pobiegła po jakiegoś kwiatka, ażeby - jak na artystkę przystało (bo wszyscy artyści kochają kwiaty) - wpleść go we włosy, by podobać mi się jeszcze bardziej, a sam policzek miał być pobudzeniem moich zmysłów przed dalszą częścią wieczoru. Po trzydziestu minutach patrzenia za nią, przepraszam - spoglądania, zrozumiałem, że musi być to coś więcej, nie mogłem tylko dojść co. Ach, niezbadana jest natura kobiety. Po kolejnej godzinie oczekiwania i wypiciu półtora drinka, przez co byłem trochę pijany, uznałem, że oczekiwanie na niespodziankę nie jest warte takiej ilości mojego czasu. Owszem, prawdziwy artysta zwleka z wystawieniem swego dzieła, ale ma też wyczucie, kiedy podnieść kurtynę. Ona najwyraźniej tego wyczucia nie posiada, co zaważyło na moim zerwaniu z nią. Oczywiście delikatnym, jak to czynić winien artysta, poprzez usunięcie się z miejsca spotkania.
    Tak właśnie zakończył się mój romans, a zarazem związek z mą ukochaną. Jakże trudno jest znaleźć kobietę, z którą da się wytrzymać.

Kariera w szkole i poza nią

Ostatnio u mnie w szkole często pojawia się temat kariery. Między innymi, na godzinę wychowawczą przyszła do nas kobieta w stylu klasycznego szkolnego psychologa - osoba średnio inteligentna i nic nie wnosząca do życia uczniów. Zaczęło się od tego, że rozgromiła ideę połączenia "zajebistości" koleżanki, kolegi i  mojej, a tym samym okazania niechęci do podporządkowania się poleceniu (niejako oddania hołdu zacnej koncepcji pt. "Jebać system") poprzez utworzenie grupki o innej od wymaganej liczebności. Szanowna Pani Niewiadomokto nie była przygotowana na powstanie ugrupowania wykraczającego poza pełne troski nakazy i zabrakło jej karteczek, którymi mieliśmy się bawić. I tak, przez brak kapitału na wyróżniającą się młodzież, rozpadła się, nasza obfita w potencjał klika, ukazująca tak szerokie, jak głębokie perspektywy.
Każda grupa dostała zestaw karteczek z wypisanymi przeróżnymi przymiotami jakie według autora może posiadać osoba ludzka starająca się o karierę. Naszym zadaniem było ułożenie ich według ustalonej przez nas przydatności w karierze właśnie. Następnie grupy przedstawiały swoje założenia: jedna uznała za najważniejszy czynnik kontakty, inna osobowość, jeszcze inna wykształcenie - słowem, na różnorodność nie można było narzekać, bo i wewnątrz grup wystąpiły niezgodności.
Kolejnym krokiem w przygotowaniu nas siedemnastolatków do walki o karierę było przydzielenie grupom skróconych biografii trzech różnych tzw. ludzi sukcesu. Mieliśmy się z nimi zapoznać, a potem przedstawić reszcie klasy.

Tak się składa, że również ostatnio przeczytałem Nic Dawida Bieńkowskiego. Jest to książka właśnie o karierze. W latach 90. dwudziestego wieku, po narodzeniu się w Polsce kapitalizmu, francuska sieć “restauracji” typu McDonald’s (tyle, że z francuskim jedzeniem), obarczona przez założycieli nazwą Positive, postanawia podbić tutejszy rynek. To na jej tle dzieje się większa część wydarzeń. Blisko z nią związany jest jeden z dwóch głównych bohaterów - Euzebiusz Drutt. Kariera tego dwudziestoparolatka zaczyna się na stadionie, gdzie Euzebek sprzedaje podrabiane adidasy. Zdenerwowany na wspólnika rzuca tę pracę i otrzymuje zatrudnienie w Positivie. Tam rozpoczyna od mopa. Dzięki wytrwałości i ambicji, przez kuchnię i kasę, awansuje w końcu na kierownika regionalnego. Dostaje służbowego Peugeota i końską dawkę pewności siebie, uwidaczniającą się w brutalnym traktowaniu współpracowników. Euzebiusz Drutt jest okrutnie zabawną postacią. Pięknie obrazuje prostego człowieka w roli karierowicza. Na tle Positive’a nie sposób nie zastanowić się również nad osobą Krzysztofa Lenarta, zarządzającego polską gałęzią sieci oraz pan Murawiec, partner jednego z restauranów.
Drugim z najważniejszych bohaterów jest facet o ksywce Hehe. Wydarzenia, w których bierze udział, mają miejsce parę lat po tych, gdzie błyszczy Euzebek. Hehe jest postacią tragiczną. To poeta wrogo nastawiony do kapitalistycznej komerchy. Niestety, mimo to, żeby jakoś wyżyć, musi współpracować z komercyjnym czasopismem. Jego życie pokazuje, że od tego syfu nie ma ucieczki.
Na deser (czy może raczej rozchodniaczka?) Dawid Bieńkowski podaje czytelnikowi genialne zakończenie, będące kwintesencją tematu.

Gdy zamiast mojego wychowawcy na godzinę wychowczą przyszła do nas pani psycholog i zaanonsowała, że tematem naszego spotkania będzie przygotowanie nas do kariery, aż mnie skręciło. Strasznie wpływa na mnie pojęcie kariery. Zbiera mi się na wymioty, gdy tylko się nań natknę. Dlatego, że kojarzy mi się z tymi wszystkimi prostakami, którzy traktują karierę jak świętość. Wspinają się po rachitycznej drabinie onej kariery, by dojść jak najwyżej się da, czy to po trupach, czy tylko po rannych. Skupiają całe swoje jestestwo na awansie typu z mopa na kasę, aż dochodzą do momentu, w którym mają mnóstwo pieniędzy i tyle pracy, że brakuje czasu nawet na ich wydanie. A co ze spokojną egzystencją? Z kontemplacją? Z rozmyślaniem? Miłością, mądrością? Kariera tylko przeszkadza nam w osiąganiu szczęścia. Pogoń za nowymi miotłą czy pluszowymi kapciami zupełnie nas pochłania i uzależnia. Przez to nie potrafimy dojrzeć prawdziwej drogi do zaspokojenia. Chcemy więcej i więcej. A potem umieramy, nie mając nic z życia. Nie zasmakowawszy nawet tego prawdziwego.