Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Perypetie Pawełka". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Perypetie Pawełka". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 stycznia 2011

Perypetie Pawełka cz. 4

    Siedzę w fotelu - szerokim, głębokim, wygodnym niezmiernie i takoż starym - książkę trzymam w dłoniach, czytać się staram, ale nagle w ramię mnie ktoś puka, a to - myśli. Nachodzą mnie znowu myśli okrutne, spokoju niedające, umysł i serce, duszę dręczące. Tym razem rozmawiać chcą ze mną - rozmawiać? ba! dywagować, deliberować wręcz - na temat tego, że czytam. Skoro już czytam, to temat się, uważają, tak sam przez się i z siebie i przez siebie samego narzucił, więc wykorzystać go trzeba, skoro już jest, żeby się biedny nie zmarnował.
    I pytają się mnie myśli, jak to jest, że ja czytam. Mówię im, że lubię czytać, więc czytam. Ale jak to jest, że ja lubię - one na to. To ja, że nie wiem, po prostu lubię i już. One dalej: jak to jest, że ja mogę czytać, że mam zdolność taką? Ja na to, że mam oczy, to mogę - i tyle. To teraz dzielą się ze mną refleksją, jakie to pismo niesamowite, i to, że człowiek czytać umie tak samo.
    Zirytowały mnie już tymi dysputami swymi myśli moje, bo Pawełek nie lubi, gdy mu ktoś czytać przeszkadza, bo on to naprawdę lubi. Zdenerwowały, czy nie, coś w Pawełku poruszyły. Zrazu to się na takie pytania protekcjonalnym spojrzeniem reaguje i tyle, kropka, bo co one jakieś nienormalne, że tak pytają, głupie to przecież pytania. Ale po chwili to już się zmienia nieco postać rzeczy i punkt widzenia, jak się pomyśli i przemyśli, no bo rzeczywiście niezwykły to wynalazek, to pismo. I zdolność odczytywania go podobnie cudowna umiejętność. I jak to jest, że jeden coś napisze, drugi przeczyta i już w głowie ma część tego, co ten pierwszy ma w głowie. I też może napisać i przekazać komuś trzeciemu, albo pokazać mu, co pierwszy napisał i on, ten trzeci, też będzie to miał. A ciekawe też to, że niby wszyscy trzej w głowach wtedy to samo mają, przynajmniej w części jakiejś, ale każdy inaczej tę część rozumieć może, inaczej odbierać, i robi się z tego samego co innego, zależnie do czyjej głowy wpadnie.
    A wtedy pytanie, czyje jest prawdziwe. Bo niby u każdego świat przedstawia, ale jak każdy inną ma wersję, bo stworzył sobie taką niejako, przeobraził, łącząc z tym co miał wcześniej, to nie znaczy chyba, że trzy światy już istnieją, no bo gdzież by tam, w takie bzdury to Pawełek nie uwierzy. A może jednak? - pytają myśli.
    Ciekawe to, ale trudne, za trudne i może nawet niepotrzebne takie rozważania, bo po co to komu, żyć sobie po prostu trzeba i tyle. A nie poddawać w wątpliwość może jeszcze to, że w ogóle się żyje. Jakie to poza tym wszystkim okropne zwracanie się przeciwko Panu Bogu Jedynemu Wszechmogącemu, bezczeszczenie Stwórcy, Sprawiedliwego, a tak młodzieżowo to by można powiedzieć: Zajebistego, czy nawet Wyjebanego W Kosmos, bo przecież należy mu się pochwała, za to chociażby, że takiego Pawełka stworzył, bo tatuś z mamusią to by nie wystarczyli, no gdzie tam, siostra Iwona przecież nauczała w podstawówce, słuchało się grzecznie, to się teraz wie.

    Leżę w łóżku, światło już zgaszone, nie przeszkadza, i znowu myśli mnie nawiedzają. Ale teraz się cieszę, bo lubię sobie z nimi porozmawiać, gdy spieszyć się nie muszę, tylko błogo w łóżeczku leżę. Teraz, o dziwo, nie pytają o leżenie bądź myślenie, lecz o dobro i życia sens i takie niełatwe pytania zadają, niebłache poruszają tematy. Po co Pawełek żyje? Siostra Iwona mówiła, że żyje się po to, żeby zbawienia dostąpić, żeby potem żyć wiecznie. Dobrym oczywiście być trzeba wcześniej, przykazania wypełniać, modlić się. Pawełek stara się bardzo, na niebo liczy, bo przecież zasługuje. Co z tego, że papierosy pali? Księża też palą. Napić też się lubi, ale nikt od tego nie stroni, bo co w tym złego, że jak humor ma się nie ten, jak coś gryzie, to sobie człowiek wleje trochę do gardła? Lepiej się poczuje przynajmniej, jak modlitwa nie wystarcza. Albo, gdy jest co świętować, to trzeba oblać, na przykład klasówkę zaliczoną, bo przecież się zasłużyło, bo się nauczyło, albo ściągnęło, ale to też jakiś wysiłek, pomyśleć, pokombinować trzeba.
    A to życie wieczne to po co? - pytają dalej. No, tego to już Pawełek nie wie. Ale co to za pytanie. Takich pytań się nie zadaje. Bo wiadomo, że nie będzie co odpowiedzieć. To księdza trzeba się pytać. Chociaż też się nie powinno, bo jeszcze nie będzie wiedział, co rzec i głupio mu się zrobi, i winnym się poczuje, a on przecież boską misję wypełnia.
    Z drugiej strony, może to jednak dobre pytanie? No bo rzeczywiście, jakiś sens powinno to wszystko mieć. No, ale to takie wydaje się nierealne, żeby się żyło po śmierci, bo śmierć to jednak śmierć. I jeszcze na wieczność, żeby się żyło. To też nie pasuje, bo i człowiek nie zawsze istniał na Ziemi.

    Za trudne to tematy i po co w ogóle te rozmyślania. Uciekam w miłość. O mojej dziewczynie pomyślę. O, lepiej teraz, milej, przyjemniej, cieplej od razu. Po co mam rozważać te problemy egzystencjalne, nawet jeśli bym odpowiedź znalazł, co już mało się wydaje możliwe, bo mądrzejsi próbowali, ale nawet jeśli, to co to da? Szczęśliwszy Pawełek będzie? No chyba nie, więc czy nie lepiej się skupić na tych doczesnych sprawach, takich jak miłość chociażby? Przecież miłość nie jest zła, siostra Iwona kazała, żeby kochać - tak, jak Bóg nas kocha. A nawet jak piekłem ksiądz pogrozi, to właściwie co z tego? Pewności nie ma, że się do piekła pójdzie, nawet ksiądz tego wiedzieć nie może, gdzie Pawełek pójdzie, bo może łaski dostąpi - za to, że bardzo będzie kochał - i do nieba pójdzie. A zresztą, gdzie by nie poszedł, to przynajmniej tu, na Ziemi, teraz, za życia doczesnego będzie szczęśliwy: w tej miłości i dzięki niej.

    Zabijają się ludzie, wykorzystują nawzajem, gwałcą, okłamują, złe rzeczy czynią, świat psują, niszczą, Boga nie widać, nie tak, jak w zakonie siostry Iwony. Uciekam w miłość. Miłość do drugiego człowieka. Tam nie ma takich problemów, jest błogo, jest dobrze - jest szczęście.

sobota, 15 stycznia 2011

Perypetie Pawełka cz. 3

    Idę sobie, bo ja lubię chodzić. Raz jedną stroną ulicy, raz drugą, a czasami środeczkiem. Bo jak ma się ochotę, a wieczorkiem pusto, i gdy się nie boi, że coś ochlapie, przejedzie, to trzeba się przejść i środeczkiem, poużywać sobie, a co.
    Idę sobie i idę, a droga się nie kończy, bo tu skręcę, żeby jeszcze przed dom nie zajść, tam zawrócę, gdzie indziej zwolnię, bo chociaż powinienem, to nie chce mi się wracać jeszcze do spokojnego domu rodzinnego, przytulnego i pełnego miłości. Dobrze mi tutaj, jak idę. Nieważne, czy ciepło, czy zimno, sucho czy mokro, bo nie wiem nawet jak jest, nie zwracam uwagi, po prostu przyjemnie, a to nie od pogody zależy, a od chodzenia.
    Zwłaszcza, gdy palec wskazujący ze środkowym sklejony jest papierosem, to tak się lepiej człowiek czuje, tak mu raźniej, samotny nie jest. Z dymem pobawić się można, żarowi w gorące ślepie spojrzeć, potarmosić trochę, trochę popieścić ciemnożółty filtr. Pięcioliterowy napis, lekko wygięty, przeczytać, czasami dziewięcioliterowy, ładną czcionką wypisany. Dym buzią wydmuchnąć, raz szeroko otwartą, raz prawie w ogóle, to z lewej, to sprawej strony dmuchając. Innym razem nosem, albo buzią i nosem naraz, albo jedno po drugim, albo jeszcze inaczej, na odwrót - przed drugim jedno. I lepiej człowiekowi, bo i pomyśleć ma z kim, a to też jest przecież ważne, zwłaszcza jak się tak chodzi.
    Chociaż człowieka by się nie chciało teraz mieć u boku, bo gadałby coś i niecoś, i tupałby dodatkowo, a najlepszym tupaniem jest tupanie dwóch butów - każdego po kolei, zharmonizowane perfekt z myślami i z dymem. Nawet gdy ujrzy Pawełek jakiegoś człowieka, co na rowerze jedzie z siatami czy idzie z siatami - ale nie sobie jedzie bądź sobie idzie, bo jakby tak bardziej tym siatom jedzie bądź idzie - to męczy to Pawełka strasznie, bo co ja mam zrobić, gdy spokojnie sobie myślę, a tu przemieszcza się taki ktoś, kto nawet nie sobie się przemieszcza, a mi to już w ogóle, bo mąci mój spokój i muszę jemu bardziej chwilę pomyśleć, czego do myślenia sobie nie wliczam. Bo jak myślę o marzeniach moich, książkach moich, przyjaciołach moich, dziewczynie mojej, świecie moim, to przecież sobie myślę, bo to wszystko moje. A taki z siatami człowiek to nie jest mój ni chu chu - ani nawet swój nie jest, tylko tych siat bardziej. A fe, Pawełka to drażni, bo myśli taki, że jak on sobie nie jest, to i Pawełek nie jest sobie, mimo, że siat nie ma, ale przecież coś tam w kieszeni, coś za pazuchą na pewno się kryje, i temu Pawełek jest, więc można mu przeszkadzać.
    Jak tu się nie denerwować, kiedy nawet sobie być nie można. Podstawowe bycie przecież, a tu masz - takich, co nie wiedzą o tym i samemu sobie nie będąc przeszkadzają innym bytom realizować swą… powinność niejako. Są siatom i tym podobnym rzeczom, bo ich ktoś takiego bycia nauczył, takie bycie wpoił, żeby swoje bycie sobie realizować. Złe bycie sobie wymyślił, obrał, bo odprowadza innych od bycia sobie - tak, że w końcu zdaje im się, iż bycie siatom jest ich sobie byciem.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Perypetie Pawełka cz. 2

    I siedzę tam, jak skazaniec, jakiś nieswój, jakoś mi źle. Zamyśloną mam minę i smutną. I czuję jej wzrok na sobie, albo tylko mi się wydaje, że to jej wzrok, ale czuję coś. I nią to jest na pewno, przynajmniej po części i aż cieplej mi się robi, ale nie tak błogo ciepło, lecz tak męcząco, jakbym miał się palić zacząć.
    I wódki mam ochotę się napić. Nie napić, a nachlać. Schlać się równo i nierówno. Wlać w siebie litry, wypalić papierosów tony - i zasnąć. I nie wiem, co potem. Budzić się, albo nie budzić.
    Schlać się. I koniec wreszcie, wyjść można - ostatnia. I idę na wódkę.
    W takim stanie psychicznym, w jakim jestem obecnie, nie dziwię się ludziom, że zostają alkoholikami - mówię mu, temu, z którym piję. A on pije na to ze mną. I pijemy razem. Raz ja bardziej, raz on.
    I śmiejemy się, bo już zrobieni trochę jesteśmy. Poprawia się humor, a nawet się nie poprawia naprawdę, rzeczywiście, w głębi, to przynajmniej z wierzchu, bo uśmiech szczery występuje na zęby średnio już białe od tego ukrywania się w smutku.
    Zerujemy śmiejąc się i odprowadzamy wzajem do pociągu, on mnie, ja jego. I żegnamy się, każdy jedzie w swoją stronę.
    Stoję w tym pociągu starym, jakby przepitym, czy przechlanym wręcz. I chwieję się, i nie wiem czy to przez pociągu przepicie, czy przez moje. Lać się chce, palić się chce. Wysiadam z pociągu na peron podobnie zachlany i idę w miejsce boczne wydalić zbędności, by alkohol czysty pozostał we mnie.
    I idę, w stronę domu niby, slalomem delikatnym brnę przez śnieg niewesoły jakiś, szary. Mijam ludzi bez twarzy. Mnóstwo ludzi. A twarz tylko jedną widzę, i nie w ludziach, a w sobie, w pamięci i sercu moim. I papierosa palę, mocnego rocka słucham, i myślę o tym, dlaczego piłem. Bo przecież nie bez powodu piłem. I dla przyjemności też nie. I nie ze szczęścia.

    Pauza następuje, bo wzruszyć się można, zawiesić. Bo piłem z najokrutniejszego powodu.
    Piłem z miłości.
    Miłość nazywa się najwspanialszym uczuciem, pięknym niesamowicie, szczęście dającym - przypominam sobie idąc. I wkurzam się na te myśli, bo co to za cudo, które mnie w taki stan wprawia, że tylko na wódkę mam ochotę. I aż myśleć się nie chce, bo boli wszystko człowieka od rozważań takich, ale nie myśleć się nie da.
    Niestety, albo na szczęście raczej, szybko ostatnie myśli w zapomnienie uciekają, bo od wódki umysł krótki. I spokój niejaki, a trochę i irytacja, bo wiedzieć by się chciało, co jeszcze przed chwilą przed samym sobą się orzekło.
    Ale nie ważne.

    Dochodzę do domu nareszcie, albo już, tak szybko. I słyszę od drzwi, po wejściu zaraz: piłeś. I co mam odpowiedzieć, kłamać nieudolnie. Piłem, mówię. I zdziwienie, że się nie bronię nawet, że mówię wprost, przesłania zdenerwowanie.
    - Piłem, bo mam powód.
    I zmartwienie, przejęcie, troska następuje tym razem: dlaczego? co się stało?
    - Pewnie nic ważnego. Pewnie żaden normalny człowiek nie uznałby tego za poważny problem. Tyle, że ja jestem nienormalny. W każdym razie, jak chcecie mi jakoś pomóc, to dajcie mi wódki.
    I dają.
    Bo widzą, żem dojrzał na tyle, by zapić smutki, czy co to tam jest. I ojciec polewa do dwóch - nie kieliszków - szklanek, bo sam wie, że w takiej chwili na nic się kieliszki zdadzą. A do dwóch dlatego, że wie, iż kompan lepszy niż lustro czy kwiatek.
    I chlust.
    Chlust.
    Chlllu.
    Chhl.

    I smutki już zapite, a Pawełek razem z nimi. Szczęśliwy się pewnie teraz czuje. A może nie, może nie poprawiło mu się wcale. Albo nie czuje się w ogóle, bo zasnął. Ale za to błogi ma na pewno sen. I nie pomyślał o miłości tyle, ile by chciał pomyśleć. Bo chciał pomyśleć, tylko bał się trochę, czy denerwował na taki smak, ale kto nie chce myśleć o miłości?
    Obudzi się jutro, albo pojutrze. Wstanie, ubierze się - i znowu napotka, czy wręcz zderzy z problemem swym poważnym bądź niepoważnym. I znowu będzie chciał go utopić. A najlepiej to tak aż do skutku - aż się ułoży jakoś.
    Ale jak się ułoży, skoro Pawełek myślał już i wymyślić nie mógł, bo się okazało, że to co się udawało to tak spontanicznie wychodziło, jakby samo przez się, a tu teraz nagle coś wymyślić, to już nie tak łatwo. A już nawet zapomniał jak to samo z siebie wychodziło, bo od ostatniego razu minęło trochę czasu. I bezradny teraz, załamuje się.
    Bezradny, bo na doła poradzić nie potrafi nie tylko przez nieumiejętność wymyślenia, ale i przez to, że nie wie nawet dokładnie, domyśla się jedynie, skąd ów dół się bierze. Opukuje się, to kolano, to łokieć, puka w łydkę i w klatkę, a świadomości nie przybywa. Ale przekonany jest niezbicie, że to z tego świętego i okrutnego powodu tak się czuje, bo i co innego mogłoby go aż tak, chłopaka przecież twardego, zdołować?
    I w tej bezradności czekał będzie na rozwiązanie, może zaimprowizować coś czasami spróbuje, uznając, że nic do stracenia nie ma, zdesperowanym będąc. Pił nie będzie codziennie, w umór i do znudzenia. Spróbuje zająć się czymś ambitnym, by myśli odciągnąć, oderwać się, zapomnieć. W chwilach depresji i wkurzenia, wyładowywał będzie emocje na worku bokserskim. I jakoś sobie poradzi.
    Tyle, że nie będzie to już ten sam Pawełek. Nie tak uśmiechnięty od ucha do ucha, nie tak wesoły i rozweselający, mniej przyjazny i mniej kontaktowy.
    A do kiedy, jak długo tak będzie? Tego nie wiadomo. Może już po dniu czy dwóch Pawełek się podniesie, uświadomi sobie, że złudzeniem to wszystko było, że bez podstaw. A może w ogóle się nie zmieni, pozostanie radosny. Zwyczajny. Albo umrze w ukryciu razem ze swymi problemami, nie ukazując ich, a tylko po cichu, samemu przed sobą manifestując.

niedziela, 19 grudnia 2010

Perypetie Pawełka

    I pisze mi, że boli ją to, że najwyraźniej mnie straciła i że mnie kocha, a ja wzdychając odrywam wzrok od monitora i patrzę w swoje odbicie w ciemnej od nocy szybie i w pierwszej chwili widzę tylko, że jestem całkiem przystojny i że nie robi na mnie wrażenia to, co ona pisze. A po chwili myślę sobie, że powinno robić i zauważam to w odbiciu mojej twarzy w szybie ciemnej już nie tylko od nocy, ale i emocji, bo robi rzeczywiście. Albo najpierw widzę to w twarzy swojej, a potem dopiero w duszy.
    I piszę jej, żeby nie pieprzyła głupot. Męsko piszę. Wulgaryzm rzucę to tu, to tam. I twardo. Wzruszenia nie okazując. Pocieszając jedynie. Albo tylko się starając. Albo aż się starając. I piszę, że nie straciła, i że z żadnych relacji nie rezygnuję, tylko ona to tak odbiera. Powstrzymuję się, żeby nie napisać, że jak zwykle histeryzuje i jak zwykle głupoty gada, czy pieprzy właśnie, żeby nie odebrała tego jakoś opacznie. Piszę, że jutro pogadamy, bo nie lubię na tym czacie, bo to tak się nie da omówić wszystkiego porządnie, jak należy.
    Ona się zgadza, ja się żegnam - i do jutra. Wcale nie do jutra, bo jeszcze muszę o tym pomyśleć wcześniej. Czego ja właściwie chcę, czego nie chcę, co mnie denerwuje, co nie. Trudne to pytania, bo może to jakiś podświadomy element, którego określić nie zdołam. I wyjdę wtedy na tego, który nie wie czego chce, i będzie moja wina, bo robię afery, a sam nie wiem o co.
    No to myślę jeszcze chwilę. Czy przyjaźń damsko-męska istnieje w ogóle? Bo przecież o przyjaźni gadaliśmy, bo przyjaciółmi jesteśmy. Albo chcielibyśmy być. Albo jedno z nas. Tylko które? Chyba ona… Ale ja też czasami. I w końcu nie wiemy czym jesteśmy i o czym gadamy i co gadamy. Co powinniśmy też nie wiemy, albo wiedzieć nie chcemy, bo byśmy moralnie musieli, jak Kant nakazał.
    A może Kant właśnie by coś poradził. Może on też tak jak my głowę sobie łamał. I może zapisał to. O alkoholach zapisał. A alkohol i w przyjaźni jest. Ale na co mi tam Kant. Czy od tego, że przeczytałem jego zapiski o działaniu alkoholi różnych, zmieniło się to, co piję? No nie, bo przecież koli się trzymam, mimo, że o niej nie wspomniał nawet. Bo i jak miał wspomnieć, skoro nie produkowano jej jeszcze wtedy. To może i przyjaźń nie istniała. Gdzie tam, nędza analogii, o przyjaźni inni pisali. I to wcześniej nawet. I wierszem. Więc musiała istnieć, bardziej niż alkohol nawet. To może teraz nie istnieje?

    Zatrzymałem się w swych myślach głębokich w swej codzienności płytkiej, a płytkich w nadętej głębokości dnia niedzielnego, bo i jak odpowiedzieć, czy przyjaźń jest, czy jej nie ma.
    Ale gdzie tam, na pewno jest, musi być, przecież inaczej z mordą moją nie bylibyśmy przyjaciółmi. A no właśnie, a to inna sprawa może być. Bo ona to nie on.
    I nie wiem. I moment jeszcze. I stwierdzam w końcu, że nie chce mi się o tym myśleć, że siły nie mam, że sensu brak. Uciekam, chociaż ucieczką nie nazywam. A co nie nazwane nie istnieje przecież, to może nie uciekam jednak. No ale to istnieje, tylko ja nie chcę by jako ucieczka istniało. A może chcę właśnie, tylko nie chcę by tak myśleli. Bo uciekanie takie niemęskie. To mogę krzyczeć, że denerwuje mnie, że mam jej dość, że olewam, palę mosty i zrywam kontakty, bom taki męski, że mam na to siłę i odwagi też dość. I teraz to już inne gadanie, teraz to już nie bądź taki okrutny, nie rób przykrości. Zdenerwować się człowiek może, bo tak źle i tak niedobrze. Ale jednak tak lepiej, bo szkoda im tamtej, ale ja jestem męski, że mam jaja pokazałem, a udowodnienie że jaja się ma, to pierwszy krok to okazji, by udowodnić, iż ma się i penisa i że zrobić się z nim potrafi co trzeba.
    A wtedy to już w ogóle jest super, i mężczyzną się jest, bo się komplet uzbierało. To znaczy miało się go już wcześniej, oczywiście, ale co z tego, że się miało, skoro nikt nie wiedział, że się ma. No niby wiedzieli, niby widać, że wąsy rosną, to musi coś być, że na spodniach wybrzuszenie, wiadomo niby wszem i wobec. Ale to jednak nie to samo, co udowodnić dobitnie. Tak, żeby czuć było. Wtedy to jest dopiero męskość po całości, i twardym można być, ba! trzeba, w dosłownym tego znaczeniu. I wiadomo od razu, kto tu rządzi.

    I znowu pauza się włączyła, bo dawno już dowodu się nie przeprowadzało, takiego dobitnego. To jedynie przed samym sobą się dowodziło, a to nie to samo. To i znowu się wątpliwość pojawia, czy to na pewno dobra droga, przez te jaja. Bo może jednak inaczej wolą. No ale zastanów się, jak wcześniej ci się udawało.
    No i się nie wie, bo to jakoś tak samo wychodziło, tak spontanicznie i trudno wytłumaczyć. Buźka ładna i poszło jakoś, wystarczyło. Żeby zacząć przynajmniej. A tak żeby uzasadnić, wyjaśnić to trzeba by książkę jakąś przeczytać, bo to trudno tak samemu wymyślić.

    Nagle pauza kolejna, ciąg refleksji niczym ciąg reakcji się ciągnie. Bo jak trudno samemu coś o życiu wymyślić, jakieś wytłumaczenie jak się co zrobiło, takiego życiowego, a głupim się przecież nie jest i książkę by sią chciało przeczytać, żeby wiedzieć, to skąd wiedzą ci co książki piszą. A może przypadkiem im to wychodzi. Ostatecznie nie tak wielu ich jest. Bo duża część piszących to o nauce pisze i o takich sprawach z życiem chyba nie związanych, bo co się mają gwiazdy do mojej przyjaźni, jak to już wcześniej się dało zauważyć. A też ludzi dużo na świecie, to ci co życie tłumaczą mały procent stanowią.
    To może i ja bym sobie został takim co pisze. Mam już temat jakiś, bo przyjaźń, albo brak przyjaźni, to całkiem pokaźny temacik. I jak im się udaje, to i mi się może powieść. To jak to tak łatwo, to dlaczego tak niewielu pisze? Ha! bo trzeba jeszcze mądrym być, żeby wpaść na pomysł, żeby pisać. To jest właśnie najważniejsze i najtrudniejsze zarazem. Tu pomyśleć, tam porozwarzać, pozastanawiać się i - żaróweczka się zaświeca. A potem to już tylko do komputerka sobie usiąść i pisać. To i pieniążki można jeszcze zdobyć. I to nie byle jakie. Książka byle jaka może być, a pieniążki będą niezłe.
    Taka na przykład co o miłości pisała. Ona to nawet trudny temat sobie wybrała, bo to jedno człowiek, jedno wampir. To tak niełatwo. A może łatwo właśnie, bo zmyślić można wszystko i nikt nie sprawdzi, bo kto będzie ci teraz wampira szukał, żeby go zapytać, czy to co Stefa pisze to prawda, gdy czasu nawet nie mają na to, żeby pomyśleć i wpaść na pomysł, że pisać można. A potem jeszcze by ci taki czytać nie umiał, i byś się na marne naszukał. No i temat trudny, czy nie trudny kasa jest. A książka wcale nie dobra, bo lepsze się czytało, i dużo lepsze też. Ale kasa. I sława.
    A no właśnie, bo to i sławy, i szacunku dorobić się można. I by mówili brawo Pawełku, i klepali po ramieniu, i rączkę podawali. I by się z powagą, protekcjonalnie odbierało gratulacje, bo nie można się zdradzać za bardzo, że to się udało, że uf, że kasa będzie i uznanie. To znowu męskim trzeba być, uważać i twardo.
    A właśnie, twardo. Bo to i się okazje łatwiej znajdzie to dowodzenia, gdy sława będzie i pieniążki. Bo z takim to każda by chciała, to łaskawie się dowodzik przeprowadzi to tu, to tam.


    Przerwa teraz już większa, zawiecha prawie, bo się przypomniało, że wciąż nie wiadomo, czy ta przyjaźń damsko-męska to istnieje, czy nie istnieje. Czy to przyjaźń jest, czy co innego. Bo coś to jest, bo musi być, skoro się nad tym głowić można i kłócić o to.
    A może dlatego się myśleć o tym przestało, nie że się nie chce, czy siły brakuje, czy o dowodzeniu się myślało, tylko wiedzieć tego nie trzeba. Albo nie można nawet. Może to nie bez powodu się ucieka. Że to niby z tchórzostwa, a to z jakiejś mądrości wewnętrznej, którą nazwać trudno i wpłynąć na nią też trudno. A nawet trudniej jeszcze. Pewnie to tak właśnie jest, bo jak to inaczej wytłumaczyć, gdy mądrym chłopakiem się jest, a wymyślić się nie udaje.