Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 listopada 2010

W poszukiwaniu sensu życia

    Pukanie do drzwi dotarło do niego dopiero po paru chwilach. W końcu rzucił rozdrażnionym tonem:
    - Tak?!
    Weszła jego matka.
    - O co chodzi matko? Czytam.
    - Tak, wiem, Marcinku. Jak zawsze.
    - Prosiłem, byś nie zwracała się do mnie jak do dziecka.
    - Ależ ty jesteś moim dzieckiem! - pani Nohovel od kilku lat żyła w przygnębieniu. Jej jedyne dziecko w ogóle z nią nie rozmawiało. Bywały dni, że Marcin tak zagłębiał się w lekturze, iż nawet nie przychodził do kuchni, by coś zjeść. Czuła się wtedy winna, że jest głodny. Myślała, że jest złą matką. A przecież tak się starała. - Ale nie roztrząsajmy tego w tej chwili. Przyjechał dziadek. Może zechciałbyś zejść, by się przywitać?
    - Hmm, tak, oczywiście.
    - Dziadek też dużo kiedyś czytał - mówiła matka Marcina, już opanowana, ponownie z uroczym uśmiechem na młodej jeszcze twarzy - może będzie mogli porozmawiać na ten temat.
    - Tak, możliwe.

    Pan Mortimer Bukow, podpierając się elegancką laską, czekał u podnóża schodów. Obok niego stał jego zięć, pan Nohovel, przystojny, lekko posiwiały mężczyzna po czterdziestce. Rozmawiali na tematy klasyczne: o pogodzie, podróży gościa, zdrowiu (czy raczej jego braku).
    Wreszcie pojawiła się gospodyni, a za nią Marcin. Starzec ucałował córkę i uściskał wnuka, dodając tradycyjnie, że pamięta jak jeszcze nie dawno był małym szkrabem sikającym dziadkowi na spodnie, gdy ten trzymał go na kolanach. W rzeczywistości właśnie wtedy widział go po raz ostatni. Minęło dwadzieścia sześć lat.
    - Proszę tato, usiądź - zwróciła się do ojca pani domu, wskazując jeden z dwóch foteli stojących w dużym pokoju pod oknem.
    - Dziękuję, moja droga. Nasiedziałem się w podróży.
    - Napije się tata czegoś? - trafił w dziesiątkę Robert.
    - Piwa, jeśli można. Najlepiej zimne w butelce.
    - Oczywiście, ja też takie lubię.
    - To ja już wrócę do siebie - odezwał się nagle Marcin.
    - Nie zjesz z nami obiadu?
    - Dziękuję, nie jestem głodny.
    Po chwili, gdy Marcin odszedł, pan Bukow dostał chłodną butelkę i rzekł:
    - Wiecie co kochani, ja też nie czuję się głodnym. Porozmawiam z wnukiem.
    - Jak sobie życzysz, tato. Wiedz jednak, że to może nie być łatwe. Dasz radę wejść? Robercie, pomóż tacie.
    - Nie trzeba, dam sobie radę. Dajcie mi po prostu jeszcze jedną butelkę na później, jeśli można.
    - Oczywiście. - Robert podszedł do lodówki i wyjął z niej piwo - Proszę.
    - Ostatnie drzwi na prawo - rzuciła Natalia do oddalającego się już ojca.

    Marcin nie zdążył nawet otworzyć książki, a już rozległo się pukanie. Starał się zachować spokój.
    - Tak?
    - To ja - w drzwiach ukazał się dziadek - Nie pijesz piwa?
    - Nigdy nie próbowałem.
    - Najwyższy czas - pan Mortimer wyciągnął rękę z zamkniętą butelką w stronę wnuka.
    - Dziękuję… A… jak to się otwiera?
    - Daj, pokażę ci - dziarski sędziwiec wyjął z kieszeni zapalniczkę, drugą ręką złapał gwint butelki, włożył zapalniczkę między dłoń a kapsel i - puk! Marcin aż podskoczył - Nie bój się, to tylko kapsel.
    - Jak… jak to zrobiłeś?
    - To najprostsza dźwignia. Pokażę ci dokładniej na następnej butelce. - puścił oko do wnuczka. - No, to zdrówko.
    - I jak? - zapytał Marcina, gdy ten upił dwa łyki.
    - Świetne. Przepyszne.
    - Też tak sądzę. - pan Bukow odpalił długiego czerwonego marlboro, nie pytając o pozwolenie, a proponując młodemu amatorowi piwa. - Tego też pewnie nie próbowałeś.
    - To prawda.
    - Zapewniam cię, że papierosy są równie wspaniałe jak piwo. A połączenie tych dwóch smakołyków daje ogromną przyjemność.
    - Spróbuję - Marcin włożył papierosa do ust, dziadek podpalił mu go i rzekł:
    - Musisz wciągnąć dym głęboko do płuc. Za pierwszym razem się zakrztusisz, ale wierz mi - warto.
    Rzeczywiście, Marcin zakrztusił się. Lecz już po paru próbach jego drogi oddechowe polubiły dym.
    Mortimer Bukow dopił piwo i powiedział:
    - Będziemy mieli popielniczkę. Strząsaj popiół do butelki. Zaraz zawoła się twoją mamę, żeby przyniosła nam kolejne.
    Rozsiedli się fotelach, które wcześniej uprzątnęli z ubrań.
    - Widzę, że masz sporo książek. Pewnie dużo czytasz?
    - Właściwie cały czas. - Marcin odpowiedział nieśmiało, acz z nadzieją na ciekawą dysputę.
    - A co lubisz najbardziej?
    - Filozofię. Przez jakiś czas byłem na studiach filozoficznych, ale potem stwierdziłem, że to strata czasu i odtąd siedzę w domu i czytam. To już chyba ze trzy lata.
    A Natalia mówiła, że trudno będzie nawiązać z nim kontakt, myślał pan Mortimer, zaciągając się papierosem. Trzeba po prostu trafić w odpowiedni punkt; albo go czymś zaciekawić, tak jak z kapslem, albo mówić o książkach. Musiał spotykać samych nudnych ludzi, skoro tak się wyizolował.
    - Nie czytasz powieści?
    - Nie, szkoda mi na nie czasu i nie interesują mnie. Poza tym nie ma w nich nic ważnego.
    Słucham? - pan Bukow nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Nie wyobrażał sobie własnego życia bez powieści Singera, a tu słyszy, że nie ma tam nic ważnego.
    - A co ważnego jest w filozofii?
    - Jakto? - teraz zdumiony był Marcin - Poszukiwanie mądrości. Rozważanie najwyższych problemów naszej egzystencji i otaczającego nas świata. Roztrząsanie sensu naszego istnienia…
    - Chwileczkę młodzieńcze - przerwał starzec. - Czy wiesz ile mam lat?
    - Yyy, siedemdziesiąt?
    - Siedemdziesiąt dwa. Za młodu byłem bardzo podobny do ciebie. Uwielbiałem filozofię. Też nie chciałem tracić czasu na nic innego. Planowałem, że napiszę genialny traktat na temat sensu życia, a gdy tego dokonam - zakończę swoje życie, bo wcześniej zrobię wszystko, co mógłbym uczynić. Tak jak ty tutaj, siedziałem do czterdziestego roku życia. Cały czas czytając i rozmyślając o moim dziele. Naciskała na mnie myśl, że tego sensu, którego poszukiwałem całe życie, nie ma. Załamałem się. Myślałem o samobójstwie, oczywiście z innych już powodów niż w młodości. Opuściłem mój pełen książek pokój. Głowę miałem napęczniałą tymi wszystkimi bzdurami Platona, Augustyna, Kartezjusza, Kanta itede itepe. Źle mi się robi na samo wspomnienie ich nazwisk. Gdy wyszedłem na świat, patrzyłem na ludzi: jednych uśmiechniętych, innych smutnych. Wiedziałem, że są o wiele szczęśliwsi ode mnie. Poszedłem do sklepu z odzieżą, który reklamowały billboardy. Kupiłem ładne ubranie. W oknie mijanej księgarni ujrzałem duży napis: “Dzieła najlepszego autora powieści obyczajowych - Isaaca Bashevisa Singera”. Postanowiłem kupić jedną z jego książek. Potem kupiłem papierosy, ponieważ paliło je mnóstwo osób; poszedłem do kawiarni i popijając kawę uczyłem się zaciągać. Następnie zacząłem czytać książkę Singera. Po jakimś czasie przeniosłem się do pubu, gdzie  popijając piwo przeczytałem książkę do końca. Robiłem tak codziennie przez dwa tygodnie. Pochłonąłem około jednej trzeciej twórczości Singera. Teraz musiałem znaleźć miłość. Znalazłem. Półtora roku później urodziła się twoja matka. Pisałem do lokalnej gazety, mieszkaliśmy w małym domku i byliśmy ogromnie szczęśliwi. Poszukiwałem tego przez dwadzieścia lat bezskutecznie, a okazało się, że potrzeba o wiele mniej czasu. Wcześniej szukałem po prostu w złym miejscu.
    Starałem się jeszcze odwdzięczyć moim rodzicom, którzy dbali o mnie, gdy na ich utrzymaniu czytałem wymysły, nic nie mówiące o niczym. Niedługo później matka umarła, potem ojciec. Nie mogłem sobie wybaczyć, że nie miałem kiedy nacieszyć się nimi i ich nacieszyć sobą. Dziecko to największe szczęście, a ja im je zabrałem.
    W Certyfikacie Singer pisał: “Zmarnowałem najlepsze lata życia, czytając bez celu książki, rozważając odwieczne pytania”. Mam wszystkie jego dzieła. Przyślę ci je, a ty obiecaj, że je przeczytasz. I nie stracisz takiego szmatu życia jak ja. Wciąż możesz złapać wiele szczęścia. Nie czekaj tak długo jak ja. I pamiętaj, do szczęścia nie jest potrzebne rozważanie jakichś wzniosłych spraw. Przeważnie tak wzniosłych, że nie mających nic wspólnego z naszym rzeczywistym życiem. Do szczęścia potrzebna jest miłość.
    Marcin siedział jak zamurowany. W palcach trzymał wygasłego papierosa. Po paru chwilach oprzytomniał. Wrzucił peta do pustej butelki. Zawartość swojej wypił duszkiem. Spojrzał na dziadka, który odpalał papierosa.
    - Mogę?
    Starzec z kieszeni marynarki wyjął nie otwartą jeszcze paczkę i wręczył wnukowi. Wiedział, że przekonał potomka do prawdziwego życia. Cieszył się z tego niezmiernie, bo znaczyło to, iż  egzystencja syna jego córki będzie lepsza.
    Marcin podpalił papierosa i zapytał:
    - Idziemy na dół? Zjemy z moimi rodzicami obiad, napijemy się piwa, porozmawiamy.
    - Pewnie. - odpowiedział ze szczerym uśmiechem pan Mortimer.
    Młody adept, po pierwszym piwie w życiu, wstając, lekko się zachybotał, na co obaj zareagowali śmiechem.

środa, 3 listopada 2010

Kariera w szkole i poza nią

Ostatnio u mnie w szkole często pojawia się temat kariery. Między innymi, na godzinę wychowawczą przyszła do nas kobieta w stylu klasycznego szkolnego psychologa - osoba średnio inteligentna i nic nie wnosząca do życia uczniów. Zaczęło się od tego, że rozgromiła ideę połączenia "zajebistości" koleżanki, kolegi i  mojej, a tym samym okazania niechęci do podporządkowania się poleceniu (niejako oddania hołdu zacnej koncepcji pt. "Jebać system") poprzez utworzenie grupki o innej od wymaganej liczebności. Szanowna Pani Niewiadomokto nie była przygotowana na powstanie ugrupowania wykraczającego poza pełne troski nakazy i zabrakło jej karteczek, którymi mieliśmy się bawić. I tak, przez brak kapitału na wyróżniającą się młodzież, rozpadła się, nasza obfita w potencjał klika, ukazująca tak szerokie, jak głębokie perspektywy.
Każda grupa dostała zestaw karteczek z wypisanymi przeróżnymi przymiotami jakie według autora może posiadać osoba ludzka starająca się o karierę. Naszym zadaniem było ułożenie ich według ustalonej przez nas przydatności w karierze właśnie. Następnie grupy przedstawiały swoje założenia: jedna uznała za najważniejszy czynnik kontakty, inna osobowość, jeszcze inna wykształcenie - słowem, na różnorodność nie można było narzekać, bo i wewnątrz grup wystąpiły niezgodności.
Kolejnym krokiem w przygotowaniu nas siedemnastolatków do walki o karierę było przydzielenie grupom skróconych biografii trzech różnych tzw. ludzi sukcesu. Mieliśmy się z nimi zapoznać, a potem przedstawić reszcie klasy.

Tak się składa, że również ostatnio przeczytałem Nic Dawida Bieńkowskiego. Jest to książka właśnie o karierze. W latach 90. dwudziestego wieku, po narodzeniu się w Polsce kapitalizmu, francuska sieć “restauracji” typu McDonald’s (tyle, że z francuskim jedzeniem), obarczona przez założycieli nazwą Positive, postanawia podbić tutejszy rynek. To na jej tle dzieje się większa część wydarzeń. Blisko z nią związany jest jeden z dwóch głównych bohaterów - Euzebiusz Drutt. Kariera tego dwudziestoparolatka zaczyna się na stadionie, gdzie Euzebek sprzedaje podrabiane adidasy. Zdenerwowany na wspólnika rzuca tę pracę i otrzymuje zatrudnienie w Positivie. Tam rozpoczyna od mopa. Dzięki wytrwałości i ambicji, przez kuchnię i kasę, awansuje w końcu na kierownika regionalnego. Dostaje służbowego Peugeota i końską dawkę pewności siebie, uwidaczniającą się w brutalnym traktowaniu współpracowników. Euzebiusz Drutt jest okrutnie zabawną postacią. Pięknie obrazuje prostego człowieka w roli karierowicza. Na tle Positive’a nie sposób nie zastanowić się również nad osobą Krzysztofa Lenarta, zarządzającego polską gałęzią sieci oraz pan Murawiec, partner jednego z restauranów.
Drugim z najważniejszych bohaterów jest facet o ksywce Hehe. Wydarzenia, w których bierze udział, mają miejsce parę lat po tych, gdzie błyszczy Euzebek. Hehe jest postacią tragiczną. To poeta wrogo nastawiony do kapitalistycznej komerchy. Niestety, mimo to, żeby jakoś wyżyć, musi współpracować z komercyjnym czasopismem. Jego życie pokazuje, że od tego syfu nie ma ucieczki.
Na deser (czy może raczej rozchodniaczka?) Dawid Bieńkowski podaje czytelnikowi genialne zakończenie, będące kwintesencją tematu.

Gdy zamiast mojego wychowawcy na godzinę wychowczą przyszła do nas pani psycholog i zaanonsowała, że tematem naszego spotkania będzie przygotowanie nas do kariery, aż mnie skręciło. Strasznie wpływa na mnie pojęcie kariery. Zbiera mi się na wymioty, gdy tylko się nań natknę. Dlatego, że kojarzy mi się z tymi wszystkimi prostakami, którzy traktują karierę jak świętość. Wspinają się po rachitycznej drabinie onej kariery, by dojść jak najwyżej się da, czy to po trupach, czy tylko po rannych. Skupiają całe swoje jestestwo na awansie typu z mopa na kasę, aż dochodzą do momentu, w którym mają mnóstwo pieniędzy i tyle pracy, że brakuje czasu nawet na ich wydanie. A co ze spokojną egzystencją? Z kontemplacją? Z rozmyślaniem? Miłością, mądrością? Kariera tylko przeszkadza nam w osiąganiu szczęścia. Pogoń za nowymi miotłą czy pluszowymi kapciami zupełnie nas pochłania i uzależnia. Przez to nie potrafimy dojrzeć prawdziwej drogi do zaspokojenia. Chcemy więcej i więcej. A potem umieramy, nie mając nic z życia. Nie zasmakowawszy nawet tego prawdziwego.