Ostatnio u mnie w szkole często pojawia się temat kariery. Między innymi, na godzinę wychowawczą przyszła do nas kobieta w stylu klasycznego szkolnego psychologa - osoba średnio inteligentna i nic nie wnosząca do życia uczniów. Zaczęło się od tego, że rozgromiła ideę połączenia "zajebistości" koleżanki, kolegi i mojej, a tym samym okazania niechęci do podporządkowania się poleceniu (niejako oddania hołdu zacnej koncepcji pt. "Jebać system") poprzez utworzenie grupki o innej od wymaganej liczebności. Szanowna Pani Niewiadomokto nie była przygotowana na powstanie ugrupowania wykraczającego poza pełne troski nakazy i zabrakło jej karteczek, którymi mieliśmy się bawić. I tak, przez brak kapitału na wyróżniającą się młodzież, rozpadła się, nasza obfita w potencjał klika, ukazująca tak szerokie, jak głębokie perspektywy.
Każda grupa dostała zestaw karteczek z wypisanymi przeróżnymi przymiotami jakie według autora może posiadać osoba ludzka starająca się o karierę. Naszym zadaniem było ułożenie ich według ustalonej przez nas przydatności w karierze właśnie. Następnie grupy przedstawiały swoje założenia: jedna uznała za najważniejszy czynnik kontakty, inna osobowość, jeszcze inna wykształcenie - słowem, na różnorodność nie można było narzekać, bo i wewnątrz grup wystąpiły niezgodności.
Kolejnym krokiem w przygotowaniu nas siedemnastolatków do walki o karierę było przydzielenie grupom skróconych biografii trzech różnych tzw. ludzi sukcesu. Mieliśmy się z nimi zapoznać, a potem przedstawić reszcie klasy.
Tak się składa, że również ostatnio przeczytałem Nic Dawida Bieńkowskiego. Jest to książka właśnie o karierze. W latach 90. dwudziestego wieku, po narodzeniu się w Polsce kapitalizmu, francuska sieć “restauracji” typu McDonald’s (tyle, że z francuskim jedzeniem), obarczona przez założycieli nazwą Positive, postanawia podbić tutejszy rynek. To na jej tle dzieje się większa część wydarzeń. Blisko z nią związany jest jeden z dwóch głównych bohaterów - Euzebiusz Drutt. Kariera tego dwudziestoparolatka zaczyna się na stadionie, gdzie Euzebek sprzedaje podrabiane adidasy. Zdenerwowany na wspólnika rzuca tę pracę i otrzymuje zatrudnienie w Positivie. Tam rozpoczyna od mopa. Dzięki wytrwałości i ambicji, przez kuchnię i kasę, awansuje w końcu na kierownika regionalnego. Dostaje służbowego Peugeota i końską dawkę pewności siebie, uwidaczniającą się w brutalnym traktowaniu współpracowników. Euzebiusz Drutt jest okrutnie zabawną postacią. Pięknie obrazuje prostego człowieka w roli karierowicza. Na tle Positive’a nie sposób nie zastanowić się również nad osobą Krzysztofa Lenarta, zarządzającego polską gałęzią sieci oraz pan Murawiec, partner jednego z restauranów.
Drugim z najważniejszych bohaterów jest facet o ksywce Hehe. Wydarzenia, w których bierze udział, mają miejsce parę lat po tych, gdzie błyszczy Euzebek. Hehe jest postacią tragiczną. To poeta wrogo nastawiony do kapitalistycznej komerchy. Niestety, mimo to, żeby jakoś wyżyć, musi współpracować z komercyjnym czasopismem. Jego życie pokazuje, że od tego syfu nie ma ucieczki.
Na deser (czy może raczej rozchodniaczka?) Dawid Bieńkowski podaje czytelnikowi genialne zakończenie, będące kwintesencją tematu.
Gdy zamiast mojego wychowawcy na godzinę wychowczą przyszła do nas pani psycholog i zaanonsowała, że tematem naszego spotkania będzie przygotowanie nas do kariery, aż mnie skręciło. Strasznie wpływa na mnie pojęcie kariery. Zbiera mi się na wymioty, gdy tylko się nań natknę. Dlatego, że kojarzy mi się z tymi wszystkimi prostakami, którzy traktują karierę jak świętość. Wspinają się po rachitycznej drabinie onej kariery, by dojść jak najwyżej się da, czy to po trupach, czy tylko po rannych. Skupiają całe swoje jestestwo na awansie typu z mopa na kasę, aż dochodzą do momentu, w którym mają mnóstwo pieniędzy i tyle pracy, że brakuje czasu nawet na ich wydanie. A co ze spokojną egzystencją? Z kontemplacją? Z rozmyślaniem? Miłością, mądrością? Kariera tylko przeszkadza nam w osiąganiu szczęścia. Pogoń za nowymi miotłą czy pluszowymi kapciami zupełnie nas pochłania i uzależnia. Przez to nie potrafimy dojrzeć prawdziwej drogi do zaspokojenia. Chcemy więcej i więcej. A potem umieramy, nie mając nic z życia. Nie zasmakowawszy nawet tego prawdziwego.
Kariery dostąpią nieliczny. Nie widzę powodu, dla którego matki-polki i inne tego typu mają nas zadręczać tym w szkole.
OdpowiedzUsuńKażdy człowiek, który ma dobrze poukładane w główce nawet nie zada sobie pytania co z jego własnym sukcesem. Po prostu będzie go robić.
Prawda, dziwny jest fakt, że wiele ludzi potrzebuje takiego bodźca, musisz znaleźć swój własny mop i pracować. Męczy mnie takie podejście do życia. Nie potrafiłabym żyć w ten sposób. Jeśli ukształtuje się kiedyś w moim przypadku coś co ludzie nazwą karierą, będzie to w gruncie rzeczy opis mojej drogi życiowej, próby znalezienia sobie miejsca, na pewno nie walki o pewne stanowisko...
OdpowiedzUsuńŻal mi Cię. Jest to jedyna myśl jaką mam w głowie po przeczytaniu tego tekstu. Jak możesz nazywać prostakami ludzi, którzy osiągnęli w życiu to co sobie zaplanowali? Założyli rodziny, pracują, radzą sobie dobrze w życiu. Cóż takiego Ty osiągnąłeś 17-sto latku poza zdobyciem oszałamiającej ilości punktów na egzaminie gimnazjalnym, że śmiesz tak krytykować ludzi?
OdpowiedzUsuń@Anonimowy: Uznałem, że zrozumiałe jest, iż określenie "którzy traktują karierę jak świętość" odnosi się do ludzi mających gdzieś coś takiego jak rodzina. A radzą sobie w pracy, nie w życiu. I, właśnie!, nie chodzi o pogoń za "osiągnięciami", lecz o spokojny żywot - taki uważam za najbardziej słuszny i wartościowy.
OdpowiedzUsuń