Spotkałem się dzisiaj z kolegą. Jak zwykle, poszliśmy skrótem przez cmentarz. Chwilę po wejściu na jego teren, kolega zapytał, czy nie będzie mi przeszkadzało, jeśli się pomodli, skoro jest na cmentarzu. Odpowiedziałem, że to jego sprawa. Gdy ów złożył dłonie, ja myślałem: Hm, dlaczego akurat na cmentarzu? Tysiące razy tędy przechodziliśmy, a modli się po raz pierwszy. E, nie ważne. Dalej rozmyślałem nad ogółem wiary i ludzi wierzących, starając się zachować spokój i powtarzać w myślach: Ich sprawa. To ich sprawa. Spokojnie. Ich sprawa - ich problem.
Tymczasem kolega zakończył modlitwę. Powiedział, że chciał pomodlić się na cmentarzu, ponieważ trwa obecnie oktawa. Ha! wiedziałem, że coś się kręci. Gdy napawałem się dumą z mej bystrości, zaproponował wyjaśnienie, cóż to jest, ta oktawa. Jeśli chciałbym wiedzieć oczywiście. Ja, jako myśliciel, zrazu zacząłem myśleć, czy bym chciał. Żeby nie marnować czasu, którego mało przecież w życiu doczesnym, kolega zaczął tłumaczyć. Jakoż, ja zacząłem słuchać. I co się okazało: oktawa to okres ośmiu dni od święta, włącznie z dniem tegoż, czyli teraz mamy oktawę od pierwszego listopada - Wszystkich Świętych. Przez te osiem dni, jeśli dwa razy w ciągu dnia pomodli się, będąc na cmentarzu, wyciąga się jedną duszę z czyśćca.
W między czasie cmentarz zostawiliśmy daleko za sobą. Parę kroków później przypomniałem sobie przygodę, jaka przydarzyła się Pascalowi Boyerowi. Pozwolę sobie zacytować tutaj opis najpierw badań Boyera wśród ludu Fang w Kamerunie, a później wspomnianej przygody, w której lud Fang odgrywa ważną rolę. Oba opisy wykonał sam bohater (przywołuję za Bogiem urojonym R. Dawkinsa):
[…] czarownice mają dodatkowy wewnętrzny narząd, coś jak zwierzę, które wylatuje nocą i niszczy ludziom plony i zatruwa krew. Mówi się też, że czasem czarownice spotykają się na wielkich ucztach, na których pożerają swe ofiary i planują przyszłe zdobycze. Wielu ludzi opowiadało mi, że pewien znajomy ich przyjaciela na własne oczy widział czarownice latające nocą nad wioską na liściu bananowca i ciskające magiczne zaklęcia na niczego nie spodziewające się ofiary.
Podczas któregoś obiadu w Cambridge opowiadałem gościom o swoich egzotycznych przygodach, również o wierzeniach ludu Fang. W pewnej chwili jeden z nich, ceniony teolog, zwrócił się w moją stronę i powiedział: “To właśnie czyni antropologię tak fascynującą i tak trudną dyscypliną zarazem: trzeba wyjaśnić, w jaki sposób ludzie mogą wierzyć w takie nonsensy.” Przyznam, że w pierwszej chwili osłupiałem. Zanim zdołałem znaleźć właściwą odpowiedź, rozmowa zeszła na inny temat, ktoś zaczął coś mówić o czajnikach i kociołkach.
Podczas któregoś obiadu w Cambridge opowiadałem gościom o swoich egzotycznych przygodach, również o wierzeniach ludu Fang. W pewnej chwili jeden z nich, ceniony teolog, zwrócił się w moją stronę i powiedział: “To właśnie czyni antropologię tak fascynującą i tak trudną dyscypliną zarazem: trzeba wyjaśnić, w jaki sposób ludzie mogą wierzyć w takie nonsensy.” Przyznam, że w pierwszej chwili osłupiałem. Zanim zdołałem znaleźć właściwą odpowiedź, rozmowa zeszła na inny temat, ktoś zaczął coś mówić o czajnikach i kociołkach.
Ja, podczas mojej przygody, zareagowałem podobnie jak Boyer. Odruchowo uśmiechnąłem się, a jeśli chodzi o odpowiedź, zdołałem jedynie wypluć: No, dobra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz