- Kochana, jesteśmy dla siebie stworzeni. Ogromnym argumentem za tym przemawiającym jest to, że nasze nazwiska zaczynają się na tę samą literę. A więc po ślubie ze mną - oczywiście cywilnym, kościelne to przeżytek - ze zmiany nazwiska będziesz miała tylko korzyści. Twój pseudonim artystyczny nie zmieni się, bo zakładam, że jak u każdego szanującego się artysty są nim twoje inicjały. Bo zakładam też, że jesteś artystką - moja wybranka nie mogłaby nie być artystką, a jestem pewien, że mój instynkt kochanka nie zwodzi mnie na manowce. Nie rozwiązałem jeszcze zagadki, jaką dziedziną sztuki się zajmujesz, ale solennie nad tym pracuję - dokładnie pięć, tak, całe pięć minut dziennie. Najrzadziej co dwa dni. Czasami co trzy, ale to tylko wtedy, gdy mam wyjątkowo rozczochraną fryzurę po przebudzeniu się i ułożenie jej zajmuje mi mnóstwo czasu. Och, nie powinienem był zdradzać tej ohydnej tajemnicy moich włosów! Zapomnijmy o tym. Kolejnym plusem jest to, że będziesz nosiła tak prześwietne nazwisko, jakim jest moje - rozpoznawane i okryte chwałą. Oczywiście łączy nas też to, że oboje nie znosimy tego chama Kazika, który bezczelnie śpiewa “wszyscy artyści to prostytutki”. A więc jestem dla ciebie wymarzonym mężem. A ty dla mnie żoną, ponieważ każdy artysta powinien mieć piękną żonę. Jestem przekonany, że jesteś piękna. Wielu moich znajomych się z tym nie zgadza, ale to zwykli szaracy i dyletanci, nie mający nic wspólnego ze sztuką. Ja nie muszę się nawet chwili zastanawiać nad twoją urodą, wiem, że mam rację.
Gdy z przejęciem mówiłem do niej te słowa, z chwili na chwilę robiła się coraz bardziej czerwona. Dostrzegłszy to uznałem, że ogromnie podnieca ją moja mowa, więc kontynuowałem z ambicją. Kiedy skończyłem, gotowy przyjąć gorącego całusa na me usta, ona - będąc już wręcz purpurową - trzepnęła mnie w policzek, odwróciła się na pięcie i pognała do wyjścia (co warte zaznaczenia: wyjścia z najdroższej restauracji w mieście. Za dobre, trzeba dużo zapłacić, ale ja nie jadam byle gdzie). Z początku byłem przekonany, że pobiegła po jakiegoś kwiatka, ażeby - jak na artystkę przystało (bo wszyscy artyści kochają kwiaty) - wpleść go we włosy, by podobać mi się jeszcze bardziej, a sam policzek miał być pobudzeniem moich zmysłów przed dalszą częścią wieczoru. Po trzydziestu minutach patrzenia za nią, przepraszam - spoglądania, zrozumiałem, że musi być to coś więcej, nie mogłem tylko dojść co. Ach, niezbadana jest natura kobiety. Po kolejnej godzinie oczekiwania i wypiciu półtora drinka, przez co byłem trochę pijany, uznałem, że oczekiwanie na niespodziankę nie jest warte takiej ilości mojego czasu. Owszem, prawdziwy artysta zwleka z wystawieniem swego dzieła, ale ma też wyczucie, kiedy podnieść kurtynę. Ona najwyraźniej tego wyczucia nie posiada, co zaważyło na moim zerwaniu z nią. Oczywiście delikatnym, jak to czynić winien artysta, poprzez usunięcie się z miejsca spotkania.
Tak właśnie zakończył się mój romans, a zarazem związek z mą ukochaną. Jakże trudno jest znaleźć kobietę, z którą da się wytrzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz