Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Satyra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Satyra. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Wrażliwości brak

    Wczoraj widziałem kawałek programu Dzień dobry TVN. Dokładnie tej jego części, w której redaktor Rymanowski rozmawia z pięcioma politykami. Tym razem tematem rozmowy było - no co? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o co? O katastrofę smoleńską oczywiście! Dodatkową okazją do kolejnego jej omówienia była ósma miesięcznica wydarzenia.
    Pierwszym, co usłyszałem, było emfatyczne i zaiste uderzające w serce ubolewanie, wykonane przez słynącego z arcy błyskotliwych i erudycyjnych puent Genka Kłopotka - parafrazując: Dlaczego ta ofiara była tak wielka? Przyjmując za oczywiste, że trzeba się w bólu z wyznającym go złączyć, pytanie - jak to zrobić? Czy uśmiechnąć się dobrodusznie, pocieszająco, czy może zasmucić solidarnie? Przyznam - pojęcia nie mam; zrobiłem jakąś minę pomiędzy, by było jak najuczciwiej.
    Dalej pan, którego kłopoty się nie imają, poprosił - z dodatkiem powątpiewania, że ktokolwiek może mu odpowiedzieć w najbliższych stuleciach - tonem udzielającego kazanie księdza, o wyjaśnienie mu - dlaczego? Dlaczego taką ofiarę złożyć musiał naród polski? I, kto by się spodziewał, bo na pierwszy rzut oka wydaje się to zgoła niemożliwe, z odpowiedzią popędził pan Kalisz. Wyprzedził tych wszystkich smukłych z pozoru, a nawet prognozy Genka, i trzasnął odpowiedzią: Nie były zachowane procedury. Należnie ją oczywiście rozwinął. Ale co z tego? Cóż nam po odpowiedzi spójnej logicznie, słusznej merytorycznie, której racjonalności nie przesłania nawet seplenienie wypowiadającego, gdy brak w niej wrażliwości?
    Nadeszła kolej na pana Grasia. Wypomniał ów Jarkowi K. nie tylko chłodną, ale i zimną (powiedział dokładnie: chłodną i zimną) kalkulację z 10 kwietnia br., czy opłaca się przyjąć kondolencje od pana Putina. To rozłożyło mnie już zupełnie. Oto nawet Jaruś, przykład szeroko rozwiniętej empatii, ostoja słodkiego patosiku, okazał się bezdusznym stworzeniem!
    Czary goryczy dopełnił, czy wręcz przepełnił ją, jakiś pan, którego nie znam, pewnie  Niewiadomokto, oskarżając pana Grasia o to, że on i ludzie, z którymi współpracuje pozbyli się już nie tylko wrażliwości, ale i maski ją sugerującą. A pan Paweł, podobnie jak wcześniej pan Genek, nie bronili nawet swych zacnych person przed zdaniami ciał obcych!
    Gdy taki wrażliwości brak, kto się przejmie i zajmie pokaleczonymi drogami, poszarzałym śniegiem czy kulejącymi pociągami?

wtorek, 9 listopada 2010

Carpe diem

    Najbardziej odpowiednim Cytatem na dzisiaj jest z pewnością Carpe diem. Dlaczego?
    Bułgarka Wangelija Pandewa Dimitrowa nie posiadała zdolności zwykłego widzenia (jej oczy uległy uszkodzeniu, co doprowadziło do utraty wzroku), została natomiast obdarzona możliwością jasnowidzenia. Na jej koncie potwierdzonych przepowiedni widnieją między innymi rozpad Związku Radzieckiego czy katastrofa w Czarnobylu. Ponadto wyrocznia ta, znana jako Baba Wanga, rzadko się myliła.
    Według jej wizji, na jutro przypada dzień rozpoczęcia trzeciej wojny światowej.
    Trzymając się zasady indukcjonizmu, którą kierujemy się zwykle w naszym życiu, można (ba! należy) śmiało założyć, że skoro zacnej niewidomej pani udało się przewidzieć tak doniosłe wydarzenia, najprawdopodobniej jej kolejne, jasne widzenie okaże się słuszne.
    Nadszedł pożegnania czas, kochani. Trzeba to powiedzieć wprost - ratunku nie ma. Powód ma leżeć w konflikcie lokalnym. A przez jego rozrośnięcie półkula północna powinna ulec całkowitemu zniszczeniu za pomocą broni nuklearnej i biologicznej.
    Gdy pokażemy nasze wojsko - któremu przewodził będzie chyba sam generał Bóg, bo przecież jego ziemskich zastępców już straciliśmy - taki stanowczy ruch obronny zostanie niewątpliwie odebrany zupełnie negatywnie - jako zalążek agresji. Jak wiemy, akcja prowadzi do reakcji. Tak więc w obawie o świat - świat odpowie. Rozpęta się III Wojna Światowa.
    Nie trudno stwierdzić, że szansy mamy marne. I tak, próba zabezpieczenia się przed spełnieniem oczekiwań pani bez oczu, doprowadzi do ich urzeczywistnienia. A co za tym idzie - naszej zagłady.
    Chwytajmy ostatni dzień i noc.

środa, 3 listopada 2010

Artysnob

- Kochana, jesteśmy dla siebie stworzeni. Ogromnym argumentem za tym przemawiającym jest to, że nasze nazwiska zaczynają się na tę samą literę. A więc po ślubie ze mną - oczywiście cywilnym, kościelne to przeżytek - ze zmiany nazwiska będziesz miała tylko korzyści. Twój pseudonim artystyczny nie zmieni się, bo zakładam, że jak u każdego szanującego się artysty są nim twoje inicjały. Bo zakładam też, że jesteś artystką - moja wybranka nie mogłaby nie być artystką, a jestem pewien, że mój instynkt kochanka nie zwodzi mnie na manowce. Nie rozwiązałem jeszcze zagadki, jaką dziedziną sztuki się zajmujesz, ale solennie nad tym pracuję - dokładnie pięć, tak, całe pięć minut dziennie. Najrzadziej co dwa dni. Czasami co trzy, ale to tylko wtedy, gdy mam wyjątkowo rozczochraną fryzurę po przebudzeniu się i ułożenie jej zajmuje mi mnóstwo czasu. Och, nie powinienem był zdradzać tej ohydnej tajemnicy moich włosów! Zapomnijmy o tym. Kolejnym plusem jest to, że będziesz nosiła tak prześwietne nazwisko, jakim jest moje - rozpoznawane i okryte chwałą. Oczywiście łączy nas też to, że oboje nie znosimy tego chama Kazika, który bezczelnie śpiewa “wszyscy artyści to prostytutki”. A więc jestem dla ciebie wymarzonym mężem. A ty dla mnie żoną, ponieważ każdy artysta powinien mieć piękną żonę. Jestem przekonany, że jesteś piękna. Wielu moich znajomych się z tym nie zgadza, ale to zwykli szaracy i dyletanci, nie mający nic wspólnego ze sztuką. Ja nie muszę się nawet chwili zastanawiać nad twoją urodą, wiem, że mam rację.
    Gdy z przejęciem mówiłem do niej te słowa, z chwili na chwilę robiła się coraz bardziej czerwona. Dostrzegłszy to uznałem, że ogromnie podnieca ją moja mowa, więc kontynuowałem z ambicją. Kiedy skończyłem, gotowy przyjąć gorącego całusa na me usta, ona - będąc już wręcz purpurową - trzepnęła mnie w policzek, odwróciła się na pięcie i pognała do wyjścia (co warte zaznaczenia: wyjścia z najdroższej restauracji w mieście. Za dobre, trzeba dużo zapłacić, ale ja nie jadam byle gdzie). Z początku byłem przekonany, że pobiegła po jakiegoś kwiatka, ażeby - jak na artystkę przystało (bo wszyscy artyści kochają kwiaty) - wpleść go we włosy, by podobać mi się jeszcze bardziej, a sam policzek miał być pobudzeniem moich zmysłów przed dalszą częścią wieczoru. Po trzydziestu minutach patrzenia za nią, przepraszam - spoglądania, zrozumiałem, że musi być to coś więcej, nie mogłem tylko dojść co. Ach, niezbadana jest natura kobiety. Po kolejnej godzinie oczekiwania i wypiciu półtora drinka, przez co byłem trochę pijany, uznałem, że oczekiwanie na niespodziankę nie jest warte takiej ilości mojego czasu. Owszem, prawdziwy artysta zwleka z wystawieniem swego dzieła, ale ma też wyczucie, kiedy podnieść kurtynę. Ona najwyraźniej tego wyczucia nie posiada, co zaważyło na moim zerwaniu z nią. Oczywiście delikatnym, jak to czynić winien artysta, poprzez usunięcie się z miejsca spotkania.
    Tak właśnie zakończył się mój romans, a zarazem związek z mą ukochaną. Jakże trudno jest znaleźć kobietę, z którą da się wytrzymać.