Nie daje mi spokoju to, jak szkoła ogranicza moją samorealizację. Staram się przygotowywać do olimpiady, w międzyczasie płodzić wiersze na konkurs, pisać, dużo czytać. Czyli - robić to, co mnie interesuje, co lubię. Lecz, gdy już zagłębiam się w antyindukcjonizm Hume'a, do wrót mego umysłu kołacze termin sprawdzianu z biologii.
Nie twierdzę, że znajomość biografii tasiemca, bądź liczby cząstek w molu, jeśli tym razem przywołamy chemię, jest nieprzydatna w spokojnym żywocie. Niestety występuje pewien problem: to mnie nie interesuje, nie czuję tego (chyba, że na lekcji chemii pojawia się kwas siarkowodorowy). Z tego powodu jest mi cholernie ciężko skupić się na danym przedmiocie i poświęcić czas na wpojenie jego tajników. Zwłaszcza, że przy próbach nauczenia się na sprawdzian, nachodzą mnie myśli: Kurczę, gdybym nie musiał wkuwać o tych mięśniach gładkich, czy innych prążkowanych, mógłbym czytać Dicka.
Czeka na mnie kilka rozpoczętych opowiadań, których nie mam kiedy dokończyć. Wiele nienaszkicowanych nawet pomysłów. Czeka charyzma, na którą nie mam czasu.
Dzisiaj awers do szkoły objawił mi się nadzwyczaj wyraźnie. Czułem kipiący we mnie potencjał, chciałem wrócić do domu, usiąść przed komputerem i zacząć pisać, a musiałem siedzieć na lekcji niemieckiego, nie rozumiejąc "o czym się do mnie rozmawia". Po paru lekcjach werwa tworzenia połączyła się z chęciami do nauki i teraz latają sobie, czort jeden wie gdzie.
Z tego wszystkiego zacząłem rozmyślać o porzuceniu szkoły. Niestety to nie takie piękne, jakby mogło się wydawać. Zapewne rodzice wymagaliby ode mnie, żebym pracował, więc znowuż nie miałbym czasu. (Problem z tym, że mogę nie zdać z takiej biologii, co byłoby jego ogromną stratą.)
Tak czy siak jest to chyba kiepski pomysł. Mimo, że nie chciałbym pracować w stylu "to twoje biurko, pięć dni w tygodniu, od ósmej do szesnastej, święta wolne", to nigdy nie wiadomo czego trzeba będzie się kiedyś łapać, a wówczas przydałby się papierek. Nie mógłbym też pójść na studia, które, przy wyborze interesującego kierunku, zdają się być czymś jak najbardziej pozytywnym .
W przyszłym roku nie będę miał już biologii, chemii, fizyki. Także pozostało mi przeboleć te kilka miesięcy stosowania metody ZZZ - Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć. Wysłuchiwania, że jeśli chcę być inteligentem (Tak jakbym chciał!), muszę znać wzór na prawo Ohma i żebym zapytał się mojej siedemdziesięcioletniej babci, a zobaczę, że całe życie się takie rzeczy pamięta. (Zapytałem jej syna, mającego za sobą gimnazjalną olimpiadę z fizyki i klasę mat.-fiz. w liceum, no i zobaczyłem - figę, bo nie pamięta.) A potem przyłożyć się do trzeciego nakazu z powyższej zasady.
I zająć się nauczaniem naczelnej prawdy - że życie nie ma sensu.