Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 listopada 2010

Kraty w szkolnych oknach

Nie daje mi spokoju to, jak szkoła ogranicza moją samorealizację. Staram się przygotowywać do olimpiady, w międzyczasie płodzić wiersze na konkurs, pisać, dużo czytać. Czyli - robić to, co mnie interesuje, co lubię. Lecz, gdy już zagłębiam się w antyindukcjonizm Hume'a, do wrót mego umysłu kołacze termin sprawdzianu z biologii.
Nie twierdzę, że znajomość biografii tasiemca, bądź liczby cząstek w molu, jeśli tym razem przywołamy chemię, jest nieprzydatna w spokojnym żywocie. Niestety występuje pewien problem: to mnie nie interesuje, nie czuję tego (chyba, że na lekcji chemii pojawia się kwas siarkowodorowy). Z tego powodu jest mi cholernie ciężko skupić się na danym przedmiocie i poświęcić czas na wpojenie jego tajników. Zwłaszcza, że przy próbach nauczenia się na sprawdzian, nachodzą mnie myśli: Kurczę, gdybym nie musiał wkuwać o tych mięśniach gładkich, czy innych prążkowanych, mógłbym czytać Dicka.
Czeka na mnie kilka rozpoczętych opowiadań, których nie mam kiedy dokończyć. Wiele nienaszkicowanych nawet pomysłów. Czeka charyzma, na którą nie mam czasu.
Dzisiaj awers do szkoły objawił mi się nadzwyczaj wyraźnie. Czułem kipiący we mnie potencjał, chciałem wrócić do domu, usiąść przed komputerem i zacząć pisać, a musiałem siedzieć na lekcji niemieckiego, nie rozumiejąc "o czym się do mnie rozmawia". Po paru lekcjach werwa tworzenia połączyła się z chęciami do nauki i teraz latają sobie, czort jeden wie gdzie.

Z tego wszystkiego zacząłem rozmyślać o porzuceniu szkoły. Niestety to nie takie piękne, jakby mogło się wydawać. Zapewne rodzice wymagaliby ode mnie, żebym pracował, więc znowuż nie miałbym czasu. (Problem z tym, że mogę nie zdać z takiej biologii, co byłoby jego ogromną stratą.)
Tak czy siak jest to chyba kiepski pomysł. Mimo, że nie chciałbym pracować w stylu "to twoje biurko, pięć dni w tygodniu, od ósmej do szesnastej, święta wolne", to nigdy nie wiadomo czego trzeba będzie się kiedyś łapać, a wówczas przydałby się papierek. Nie mógłbym też pójść na studia, które, przy wyborze interesującego kierunku, zdają się być czymś jak najbardziej pozytywnym .
W przyszłym roku nie będę miał już biologii, chemii, fizyki. Także pozostało mi przeboleć te kilka miesięcy stosowania metody ZZZ - Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć. Wysłuchiwania, że jeśli chcę być inteligentem (Tak jakbym chciał!), muszę znać wzór na prawo Ohma i żebym zapytał się mojej siedemdziesięcioletniej babci, a zobaczę, że całe życie się takie rzeczy pamięta. (Zapytałem jej syna, mającego za sobą gimnazjalną olimpiadę z fizyki i klasę mat.-fiz. w liceum, no i zobaczyłem - figę, bo nie pamięta.) A potem przyłożyć się do trzeciego nakazu z powyższej zasady.
I zająć się nauczaniem naczelnej prawdy - że życie nie ma sensu.

środa, 3 listopada 2010

Kariera w szkole i poza nią

Ostatnio u mnie w szkole często pojawia się temat kariery. Między innymi, na godzinę wychowawczą przyszła do nas kobieta w stylu klasycznego szkolnego psychologa - osoba średnio inteligentna i nic nie wnosząca do życia uczniów. Zaczęło się od tego, że rozgromiła ideę połączenia "zajebistości" koleżanki, kolegi i  mojej, a tym samym okazania niechęci do podporządkowania się poleceniu (niejako oddania hołdu zacnej koncepcji pt. "Jebać system") poprzez utworzenie grupki o innej od wymaganej liczebności. Szanowna Pani Niewiadomokto nie była przygotowana na powstanie ugrupowania wykraczającego poza pełne troski nakazy i zabrakło jej karteczek, którymi mieliśmy się bawić. I tak, przez brak kapitału na wyróżniającą się młodzież, rozpadła się, nasza obfita w potencjał klika, ukazująca tak szerokie, jak głębokie perspektywy.
Każda grupa dostała zestaw karteczek z wypisanymi przeróżnymi przymiotami jakie według autora może posiadać osoba ludzka starająca się o karierę. Naszym zadaniem było ułożenie ich według ustalonej przez nas przydatności w karierze właśnie. Następnie grupy przedstawiały swoje założenia: jedna uznała za najważniejszy czynnik kontakty, inna osobowość, jeszcze inna wykształcenie - słowem, na różnorodność nie można było narzekać, bo i wewnątrz grup wystąpiły niezgodności.
Kolejnym krokiem w przygotowaniu nas siedemnastolatków do walki o karierę było przydzielenie grupom skróconych biografii trzech różnych tzw. ludzi sukcesu. Mieliśmy się z nimi zapoznać, a potem przedstawić reszcie klasy.

Tak się składa, że również ostatnio przeczytałem Nic Dawida Bieńkowskiego. Jest to książka właśnie o karierze. W latach 90. dwudziestego wieku, po narodzeniu się w Polsce kapitalizmu, francuska sieć “restauracji” typu McDonald’s (tyle, że z francuskim jedzeniem), obarczona przez założycieli nazwą Positive, postanawia podbić tutejszy rynek. To na jej tle dzieje się większa część wydarzeń. Blisko z nią związany jest jeden z dwóch głównych bohaterów - Euzebiusz Drutt. Kariera tego dwudziestoparolatka zaczyna się na stadionie, gdzie Euzebek sprzedaje podrabiane adidasy. Zdenerwowany na wspólnika rzuca tę pracę i otrzymuje zatrudnienie w Positivie. Tam rozpoczyna od mopa. Dzięki wytrwałości i ambicji, przez kuchnię i kasę, awansuje w końcu na kierownika regionalnego. Dostaje służbowego Peugeota i końską dawkę pewności siebie, uwidaczniającą się w brutalnym traktowaniu współpracowników. Euzebiusz Drutt jest okrutnie zabawną postacią. Pięknie obrazuje prostego człowieka w roli karierowicza. Na tle Positive’a nie sposób nie zastanowić się również nad osobą Krzysztofa Lenarta, zarządzającego polską gałęzią sieci oraz pan Murawiec, partner jednego z restauranów.
Drugim z najważniejszych bohaterów jest facet o ksywce Hehe. Wydarzenia, w których bierze udział, mają miejsce parę lat po tych, gdzie błyszczy Euzebek. Hehe jest postacią tragiczną. To poeta wrogo nastawiony do kapitalistycznej komerchy. Niestety, mimo to, żeby jakoś wyżyć, musi współpracować z komercyjnym czasopismem. Jego życie pokazuje, że od tego syfu nie ma ucieczki.
Na deser (czy może raczej rozchodniaczka?) Dawid Bieńkowski podaje czytelnikowi genialne zakończenie, będące kwintesencją tematu.

Gdy zamiast mojego wychowawcy na godzinę wychowczą przyszła do nas pani psycholog i zaanonsowała, że tematem naszego spotkania będzie przygotowanie nas do kariery, aż mnie skręciło. Strasznie wpływa na mnie pojęcie kariery. Zbiera mi się na wymioty, gdy tylko się nań natknę. Dlatego, że kojarzy mi się z tymi wszystkimi prostakami, którzy traktują karierę jak świętość. Wspinają się po rachitycznej drabinie onej kariery, by dojść jak najwyżej się da, czy to po trupach, czy tylko po rannych. Skupiają całe swoje jestestwo na awansie typu z mopa na kasę, aż dochodzą do momentu, w którym mają mnóstwo pieniędzy i tyle pracy, że brakuje czasu nawet na ich wydanie. A co ze spokojną egzystencją? Z kontemplacją? Z rozmyślaniem? Miłością, mądrością? Kariera tylko przeszkadza nam w osiąganiu szczęścia. Pogoń za nowymi miotłą czy pluszowymi kapciami zupełnie nas pochłania i uzależnia. Przez to nie potrafimy dojrzeć prawdziwej drogi do zaspokojenia. Chcemy więcej i więcej. A potem umieramy, nie mając nic z życia. Nie zasmakowawszy nawet tego prawdziwego.