I pisze mi, że boli ją to, że najwyraźniej mnie straciła i że mnie kocha, a ja wzdychając odrywam wzrok od monitora i patrzę w swoje odbicie w ciemnej od nocy szybie i w pierwszej chwili widzę tylko, że jestem całkiem przystojny i że nie robi na mnie wrażenia to, co ona pisze. A po chwili myślę sobie, że powinno robić i zauważam to w odbiciu mojej twarzy w szybie ciemnej już nie tylko od nocy, ale i emocji, bo robi rzeczywiście. Albo najpierw widzę to w twarzy swojej, a potem dopiero w duszy.
I piszę jej, żeby nie pieprzyła głupot. Męsko piszę. Wulgaryzm rzucę to tu, to tam. I twardo. Wzruszenia nie okazując. Pocieszając jedynie. Albo tylko się starając. Albo aż się starając. I piszę, że nie straciła, i że z żadnych relacji nie rezygnuję, tylko ona to tak odbiera. Powstrzymuję się, żeby nie napisać, że jak zwykle histeryzuje i jak zwykle głupoty gada, czy pieprzy właśnie, żeby nie odebrała tego jakoś opacznie. Piszę, że jutro pogadamy, bo nie lubię na tym czacie, bo to tak się nie da omówić wszystkiego porządnie, jak należy.
Ona się zgadza, ja się żegnam - i do jutra. Wcale nie do jutra, bo jeszcze muszę o tym pomyśleć wcześniej. Czego ja właściwie chcę, czego nie chcę, co mnie denerwuje, co nie. Trudne to pytania, bo może to jakiś podświadomy element, którego określić nie zdołam. I wyjdę wtedy na tego, który nie wie czego chce, i będzie moja wina, bo robię afery, a sam nie wiem o co.
No to myślę jeszcze chwilę. Czy przyjaźń damsko-męska istnieje w ogóle? Bo przecież o przyjaźni gadaliśmy, bo przyjaciółmi jesteśmy. Albo chcielibyśmy być. Albo jedno z nas. Tylko które? Chyba ona… Ale ja też czasami. I w końcu nie wiemy czym jesteśmy i o czym gadamy i co gadamy. Co powinniśmy też nie wiemy, albo wiedzieć nie chcemy, bo byśmy moralnie musieli, jak Kant nakazał.
A może Kant właśnie by coś poradził. Może on też tak jak my głowę sobie łamał. I może zapisał to. O alkoholach zapisał. A alkohol i w przyjaźni jest. Ale na co mi tam Kant. Czy od tego, że przeczytałem jego zapiski o działaniu alkoholi różnych, zmieniło się to, co piję? No nie, bo przecież koli się trzymam, mimo, że o niej nie wspomniał nawet. Bo i jak miał wspomnieć, skoro nie produkowano jej jeszcze wtedy. To może i przyjaźń nie istniała. Gdzie tam, nędza analogii, o przyjaźni inni pisali. I to wcześniej nawet. I wierszem. Więc musiała istnieć, bardziej niż alkohol nawet. To może teraz nie istnieje?
Zatrzymałem się w swych myślach głębokich w swej codzienności płytkiej, a płytkich w nadętej głębokości dnia niedzielnego, bo i jak odpowiedzieć, czy przyjaźń jest, czy jej nie ma.
Ale gdzie tam, na pewno jest, musi być, przecież inaczej z mordą moją nie bylibyśmy przyjaciółmi. A no właśnie, a to inna sprawa może być. Bo ona to nie on.
I nie wiem. I moment jeszcze. I stwierdzam w końcu, że nie chce mi się o tym myśleć, że siły nie mam, że sensu brak. Uciekam, chociaż ucieczką nie nazywam. A co nie nazwane nie istnieje przecież, to może nie uciekam jednak. No ale to istnieje, tylko ja nie chcę by jako ucieczka istniało. A może chcę właśnie, tylko nie chcę by tak myśleli. Bo uciekanie takie niemęskie. To mogę krzyczeć, że denerwuje mnie, że mam jej dość, że olewam, palę mosty i zrywam kontakty, bom taki męski, że mam na to siłę i odwagi też dość. I teraz to już inne gadanie, teraz to już nie bądź taki okrutny, nie rób przykrości. Zdenerwować się człowiek może, bo tak źle i tak niedobrze. Ale jednak tak lepiej, bo szkoda im tamtej, ale ja jestem męski, że mam jaja pokazałem, a udowodnienie że jaja się ma, to pierwszy krok to okazji, by udowodnić, iż ma się i penisa i że zrobić się z nim potrafi co trzeba.
A wtedy to już w ogóle jest super, i mężczyzną się jest, bo się komplet uzbierało. To znaczy miało się go już wcześniej, oczywiście, ale co z tego, że się miało, skoro nikt nie wiedział, że się ma. No niby wiedzieli, niby widać, że wąsy rosną, to musi coś być, że na spodniach wybrzuszenie, wiadomo niby wszem i wobec. Ale to jednak nie to samo, co udowodnić dobitnie. Tak, żeby czuć było. Wtedy to jest dopiero męskość po całości, i twardym można być, ba! trzeba, w dosłownym tego znaczeniu. I wiadomo od razu, kto tu rządzi.
I znowu pauza się włączyła, bo dawno już dowodu się nie przeprowadzało, takiego dobitnego. To jedynie przed samym sobą się dowodziło, a to nie to samo. To i znowu się wątpliwość pojawia, czy to na pewno dobra droga, przez te jaja. Bo może jednak inaczej wolą. No ale zastanów się, jak wcześniej ci się udawało.
No i się nie wie, bo to jakoś tak samo wychodziło, tak spontanicznie i trudno wytłumaczyć. Buźka ładna i poszło jakoś, wystarczyło. Żeby zacząć przynajmniej. A tak żeby uzasadnić, wyjaśnić to trzeba by książkę jakąś przeczytać, bo to trudno tak samemu wymyślić.
Nagle pauza kolejna, ciąg refleksji niczym ciąg reakcji się ciągnie. Bo jak trudno samemu coś o życiu wymyślić, jakieś wytłumaczenie jak się co zrobiło, takiego życiowego, a głupim się przecież nie jest i książkę by sią chciało przeczytać, żeby wiedzieć, to skąd wiedzą ci co książki piszą. A może przypadkiem im to wychodzi. Ostatecznie nie tak wielu ich jest. Bo duża część piszących to o nauce pisze i o takich sprawach z życiem chyba nie związanych, bo co się mają gwiazdy do mojej przyjaźni, jak to już wcześniej się dało zauważyć. A też ludzi dużo na świecie, to ci co życie tłumaczą mały procent stanowią.
To może i ja bym sobie został takim co pisze. Mam już temat jakiś, bo przyjaźń, albo brak przyjaźni, to całkiem pokaźny temacik. I jak im się udaje, to i mi się może powieść. To jak to tak łatwo, to dlaczego tak niewielu pisze? Ha! bo trzeba jeszcze mądrym być, żeby wpaść na pomysł, żeby pisać. To jest właśnie najważniejsze i najtrudniejsze zarazem. Tu pomyśleć, tam porozwarzać, pozastanawiać się i - żaróweczka się zaświeca. A potem to już tylko do komputerka sobie usiąść i pisać. To i pieniążki można jeszcze zdobyć. I to nie byle jakie. Książka byle jaka może być, a pieniążki będą niezłe.
Taka na przykład co o miłości pisała. Ona to nawet trudny temat sobie wybrała, bo to jedno człowiek, jedno wampir. To tak niełatwo. A może łatwo właśnie, bo zmyślić można wszystko i nikt nie sprawdzi, bo kto będzie ci teraz wampira szukał, żeby go zapytać, czy to co Stefa pisze to prawda, gdy czasu nawet nie mają na to, żeby pomyśleć i wpaść na pomysł, że pisać można. A potem jeszcze by ci taki czytać nie umiał, i byś się na marne naszukał. No i temat trudny, czy nie trudny kasa jest. A książka wcale nie dobra, bo lepsze się czytało, i dużo lepsze też. Ale kasa. I sława.
A no właśnie, bo to i sławy, i szacunku dorobić się można. I by mówili brawo Pawełku, i klepali po ramieniu, i rączkę podawali. I by się z powagą, protekcjonalnie odbierało gratulacje, bo nie można się zdradzać za bardzo, że to się udało, że uf, że kasa będzie i uznanie. To znowu męskim trzeba być, uważać i twardo.
A właśnie, twardo. Bo to i się okazje łatwiej znajdzie to dowodzenia, gdy sława będzie i pieniążki. Bo z takim to każda by chciała, to łaskawie się dowodzik przeprowadzi to tu, to tam.
Przerwa teraz już większa, zawiecha prawie, bo się przypomniało, że wciąż nie wiadomo, czy ta przyjaźń damsko-męska to istnieje, czy nie istnieje. Czy to przyjaźń jest, czy co innego. Bo coś to jest, bo musi być, skoro się nad tym głowić można i kłócić o to.
A może dlatego się myśleć o tym przestało, nie że się nie chce, czy siły brakuje, czy o dowodzeniu się myślało, tylko wiedzieć tego nie trzeba. Albo nie można nawet. Może to nie bez powodu się ucieka. Że to niby z tchórzostwa, a to z jakiejś mądrości wewnętrznej, którą nazwać trudno i wpłynąć na nią też trudno. A nawet trudniej jeszcze. Pewnie to tak właśnie jest, bo jak to inaczej wytłumaczyć, gdy mądrym chłopakiem się jest, a wymyślić się nie udaje.
I piszę jej, żeby nie pieprzyła głupot. Męsko piszę. Wulgaryzm rzucę to tu, to tam. I twardo. Wzruszenia nie okazując. Pocieszając jedynie. Albo tylko się starając. Albo aż się starając. I piszę, że nie straciła, i że z żadnych relacji nie rezygnuję, tylko ona to tak odbiera. Powstrzymuję się, żeby nie napisać, że jak zwykle histeryzuje i jak zwykle głupoty gada, czy pieprzy właśnie, żeby nie odebrała tego jakoś opacznie. Piszę, że jutro pogadamy, bo nie lubię na tym czacie, bo to tak się nie da omówić wszystkiego porządnie, jak należy.
Ona się zgadza, ja się żegnam - i do jutra. Wcale nie do jutra, bo jeszcze muszę o tym pomyśleć wcześniej. Czego ja właściwie chcę, czego nie chcę, co mnie denerwuje, co nie. Trudne to pytania, bo może to jakiś podświadomy element, którego określić nie zdołam. I wyjdę wtedy na tego, który nie wie czego chce, i będzie moja wina, bo robię afery, a sam nie wiem o co.
No to myślę jeszcze chwilę. Czy przyjaźń damsko-męska istnieje w ogóle? Bo przecież o przyjaźni gadaliśmy, bo przyjaciółmi jesteśmy. Albo chcielibyśmy być. Albo jedno z nas. Tylko które? Chyba ona… Ale ja też czasami. I w końcu nie wiemy czym jesteśmy i o czym gadamy i co gadamy. Co powinniśmy też nie wiemy, albo wiedzieć nie chcemy, bo byśmy moralnie musieli, jak Kant nakazał.
A może Kant właśnie by coś poradził. Może on też tak jak my głowę sobie łamał. I może zapisał to. O alkoholach zapisał. A alkohol i w przyjaźni jest. Ale na co mi tam Kant. Czy od tego, że przeczytałem jego zapiski o działaniu alkoholi różnych, zmieniło się to, co piję? No nie, bo przecież koli się trzymam, mimo, że o niej nie wspomniał nawet. Bo i jak miał wspomnieć, skoro nie produkowano jej jeszcze wtedy. To może i przyjaźń nie istniała. Gdzie tam, nędza analogii, o przyjaźni inni pisali. I to wcześniej nawet. I wierszem. Więc musiała istnieć, bardziej niż alkohol nawet. To może teraz nie istnieje?
Zatrzymałem się w swych myślach głębokich w swej codzienności płytkiej, a płytkich w nadętej głębokości dnia niedzielnego, bo i jak odpowiedzieć, czy przyjaźń jest, czy jej nie ma.
Ale gdzie tam, na pewno jest, musi być, przecież inaczej z mordą moją nie bylibyśmy przyjaciółmi. A no właśnie, a to inna sprawa może być. Bo ona to nie on.
I nie wiem. I moment jeszcze. I stwierdzam w końcu, że nie chce mi się o tym myśleć, że siły nie mam, że sensu brak. Uciekam, chociaż ucieczką nie nazywam. A co nie nazwane nie istnieje przecież, to może nie uciekam jednak. No ale to istnieje, tylko ja nie chcę by jako ucieczka istniało. A może chcę właśnie, tylko nie chcę by tak myśleli. Bo uciekanie takie niemęskie. To mogę krzyczeć, że denerwuje mnie, że mam jej dość, że olewam, palę mosty i zrywam kontakty, bom taki męski, że mam na to siłę i odwagi też dość. I teraz to już inne gadanie, teraz to już nie bądź taki okrutny, nie rób przykrości. Zdenerwować się człowiek może, bo tak źle i tak niedobrze. Ale jednak tak lepiej, bo szkoda im tamtej, ale ja jestem męski, że mam jaja pokazałem, a udowodnienie że jaja się ma, to pierwszy krok to okazji, by udowodnić, iż ma się i penisa i że zrobić się z nim potrafi co trzeba.
A wtedy to już w ogóle jest super, i mężczyzną się jest, bo się komplet uzbierało. To znaczy miało się go już wcześniej, oczywiście, ale co z tego, że się miało, skoro nikt nie wiedział, że się ma. No niby wiedzieli, niby widać, że wąsy rosną, to musi coś być, że na spodniach wybrzuszenie, wiadomo niby wszem i wobec. Ale to jednak nie to samo, co udowodnić dobitnie. Tak, żeby czuć było. Wtedy to jest dopiero męskość po całości, i twardym można być, ba! trzeba, w dosłownym tego znaczeniu. I wiadomo od razu, kto tu rządzi.
I znowu pauza się włączyła, bo dawno już dowodu się nie przeprowadzało, takiego dobitnego. To jedynie przed samym sobą się dowodziło, a to nie to samo. To i znowu się wątpliwość pojawia, czy to na pewno dobra droga, przez te jaja. Bo może jednak inaczej wolą. No ale zastanów się, jak wcześniej ci się udawało.
No i się nie wie, bo to jakoś tak samo wychodziło, tak spontanicznie i trudno wytłumaczyć. Buźka ładna i poszło jakoś, wystarczyło. Żeby zacząć przynajmniej. A tak żeby uzasadnić, wyjaśnić to trzeba by książkę jakąś przeczytać, bo to trudno tak samemu wymyślić.
Nagle pauza kolejna, ciąg refleksji niczym ciąg reakcji się ciągnie. Bo jak trudno samemu coś o życiu wymyślić, jakieś wytłumaczenie jak się co zrobiło, takiego życiowego, a głupim się przecież nie jest i książkę by sią chciało przeczytać, żeby wiedzieć, to skąd wiedzą ci co książki piszą. A może przypadkiem im to wychodzi. Ostatecznie nie tak wielu ich jest. Bo duża część piszących to o nauce pisze i o takich sprawach z życiem chyba nie związanych, bo co się mają gwiazdy do mojej przyjaźni, jak to już wcześniej się dało zauważyć. A też ludzi dużo na świecie, to ci co życie tłumaczą mały procent stanowią.
To może i ja bym sobie został takim co pisze. Mam już temat jakiś, bo przyjaźń, albo brak przyjaźni, to całkiem pokaźny temacik. I jak im się udaje, to i mi się może powieść. To jak to tak łatwo, to dlaczego tak niewielu pisze? Ha! bo trzeba jeszcze mądrym być, żeby wpaść na pomysł, żeby pisać. To jest właśnie najważniejsze i najtrudniejsze zarazem. Tu pomyśleć, tam porozwarzać, pozastanawiać się i - żaróweczka się zaświeca. A potem to już tylko do komputerka sobie usiąść i pisać. To i pieniążki można jeszcze zdobyć. I to nie byle jakie. Książka byle jaka może być, a pieniążki będą niezłe.
Taka na przykład co o miłości pisała. Ona to nawet trudny temat sobie wybrała, bo to jedno człowiek, jedno wampir. To tak niełatwo. A może łatwo właśnie, bo zmyślić można wszystko i nikt nie sprawdzi, bo kto będzie ci teraz wampira szukał, żeby go zapytać, czy to co Stefa pisze to prawda, gdy czasu nawet nie mają na to, żeby pomyśleć i wpaść na pomysł, że pisać można. A potem jeszcze by ci taki czytać nie umiał, i byś się na marne naszukał. No i temat trudny, czy nie trudny kasa jest. A książka wcale nie dobra, bo lepsze się czytało, i dużo lepsze też. Ale kasa. I sława.
A no właśnie, bo to i sławy, i szacunku dorobić się można. I by mówili brawo Pawełku, i klepali po ramieniu, i rączkę podawali. I by się z powagą, protekcjonalnie odbierało gratulacje, bo nie można się zdradzać za bardzo, że to się udało, że uf, że kasa będzie i uznanie. To znowu męskim trzeba być, uważać i twardo.
A właśnie, twardo. Bo to i się okazje łatwiej znajdzie to dowodzenia, gdy sława będzie i pieniążki. Bo z takim to każda by chciała, to łaskawie się dowodzik przeprowadzi to tu, to tam.
Przerwa teraz już większa, zawiecha prawie, bo się przypomniało, że wciąż nie wiadomo, czy ta przyjaźń damsko-męska to istnieje, czy nie istnieje. Czy to przyjaźń jest, czy co innego. Bo coś to jest, bo musi być, skoro się nad tym głowić można i kłócić o to.
A może dlatego się myśleć o tym przestało, nie że się nie chce, czy siły brakuje, czy o dowodzeniu się myślało, tylko wiedzieć tego nie trzeba. Albo nie można nawet. Może to nie bez powodu się ucieka. Że to niby z tchórzostwa, a to z jakiejś mądrości wewnętrznej, którą nazwać trudno i wpłynąć na nią też trudno. A nawet trudniej jeszcze. Pewnie to tak właśnie jest, bo jak to inaczej wytłumaczyć, gdy mądrym chłopakiem się jest, a wymyślić się nie udaje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz