I siedzę tam, jak skazaniec, jakiś nieswój, jakoś mi źle. Zamyśloną mam minę i smutną. I czuję jej wzrok na sobie, albo tylko mi się wydaje, że to jej wzrok, ale czuję coś. I nią to jest na pewno, przynajmniej po części i aż cieplej mi się robi, ale nie tak błogo ciepło, lecz tak męcząco, jakbym miał się palić zacząć.
I wódki mam ochotę się napić. Nie napić, a nachlać. Schlać się równo i nierówno. Wlać w siebie litry, wypalić papierosów tony - i zasnąć. I nie wiem, co potem. Budzić się, albo nie budzić.
Schlać się. I koniec wreszcie, wyjść można - ostatnia. I idę na wódkę.
W takim stanie psychicznym, w jakim jestem obecnie, nie dziwię się ludziom, że zostają alkoholikami - mówię mu, temu, z którym piję. A on pije na to ze mną. I pijemy razem. Raz ja bardziej, raz on.
I śmiejemy się, bo już zrobieni trochę jesteśmy. Poprawia się humor, a nawet się nie poprawia naprawdę, rzeczywiście, w głębi, to przynajmniej z wierzchu, bo uśmiech szczery występuje na zęby średnio już białe od tego ukrywania się w smutku.
Zerujemy śmiejąc się i odprowadzamy wzajem do pociągu, on mnie, ja jego. I żegnamy się, każdy jedzie w swoją stronę.
Stoję w tym pociągu starym, jakby przepitym, czy przechlanym wręcz. I chwieję się, i nie wiem czy to przez pociągu przepicie, czy przez moje. Lać się chce, palić się chce. Wysiadam z pociągu na peron podobnie zachlany i idę w miejsce boczne wydalić zbędności, by alkohol czysty pozostał we mnie.
I idę, w stronę domu niby, slalomem delikatnym brnę przez śnieg niewesoły jakiś, szary. Mijam ludzi bez twarzy. Mnóstwo ludzi. A twarz tylko jedną widzę, i nie w ludziach, a w sobie, w pamięci i sercu moim. I papierosa palę, mocnego rocka słucham, i myślę o tym, dlaczego piłem. Bo przecież nie bez powodu piłem. I dla przyjemności też nie. I nie ze szczęścia.
Pauza następuje, bo wzruszyć się można, zawiesić. Bo piłem z najokrutniejszego powodu.
Piłem z miłości.
Miłość nazywa się najwspanialszym uczuciem, pięknym niesamowicie, szczęście dającym - przypominam sobie idąc. I wkurzam się na te myśli, bo co to za cudo, które mnie w taki stan wprawia, że tylko na wódkę mam ochotę. I aż myśleć się nie chce, bo boli wszystko człowieka od rozważań takich, ale nie myśleć się nie da.
Niestety, albo na szczęście raczej, szybko ostatnie myśli w zapomnienie uciekają, bo od wódki umysł krótki. I spokój niejaki, a trochę i irytacja, bo wiedzieć by się chciało, co jeszcze przed chwilą przed samym sobą się orzekło.
Ale nie ważne.
Dochodzę do domu nareszcie, albo już, tak szybko. I słyszę od drzwi, po wejściu zaraz: piłeś. I co mam odpowiedzieć, kłamać nieudolnie. Piłem, mówię. I zdziwienie, że się nie bronię nawet, że mówię wprost, przesłania zdenerwowanie.
- Piłem, bo mam powód.
I zmartwienie, przejęcie, troska następuje tym razem: dlaczego? co się stało?
- Pewnie nic ważnego. Pewnie żaden normalny człowiek nie uznałby tego za poważny problem. Tyle, że ja jestem nienormalny. W każdym razie, jak chcecie mi jakoś pomóc, to dajcie mi wódki.
I dają.
Bo widzą, żem dojrzał na tyle, by zapić smutki, czy co to tam jest. I ojciec polewa do dwóch - nie kieliszków - szklanek, bo sam wie, że w takiej chwili na nic się kieliszki zdadzą. A do dwóch dlatego, że wie, iż kompan lepszy niż lustro czy kwiatek.
I chlust.
Chlust.
Chlllu.
Chhl.
I smutki już zapite, a Pawełek razem z nimi. Szczęśliwy się pewnie teraz czuje. A może nie, może nie poprawiło mu się wcale. Albo nie czuje się w ogóle, bo zasnął. Ale za to błogi ma na pewno sen. I nie pomyślał o miłości tyle, ile by chciał pomyśleć. Bo chciał pomyśleć, tylko bał się trochę, czy denerwował na taki smak, ale kto nie chce myśleć o miłości?
Obudzi się jutro, albo pojutrze. Wstanie, ubierze się - i znowu napotka, czy wręcz zderzy z problemem swym poważnym bądź niepoważnym. I znowu będzie chciał go utopić. A najlepiej to tak aż do skutku - aż się ułoży jakoś.
Ale jak się ułoży, skoro Pawełek myślał już i wymyślić nie mógł, bo się okazało, że to co się udawało to tak spontanicznie wychodziło, jakby samo przez się, a tu teraz nagle coś wymyślić, to już nie tak łatwo. A już nawet zapomniał jak to samo z siebie wychodziło, bo od ostatniego razu minęło trochę czasu. I bezradny teraz, załamuje się.
Bezradny, bo na doła poradzić nie potrafi nie tylko przez nieumiejętność wymyślenia, ale i przez to, że nie wie nawet dokładnie, domyśla się jedynie, skąd ów dół się bierze. Opukuje się, to kolano, to łokieć, puka w łydkę i w klatkę, a świadomości nie przybywa. Ale przekonany jest niezbicie, że to z tego świętego i okrutnego powodu tak się czuje, bo i co innego mogłoby go aż tak, chłopaka przecież twardego, zdołować?
I w tej bezradności czekał będzie na rozwiązanie, może zaimprowizować coś czasami spróbuje, uznając, że nic do stracenia nie ma, zdesperowanym będąc. Pił nie będzie codziennie, w umór i do znudzenia. Spróbuje zająć się czymś ambitnym, by myśli odciągnąć, oderwać się, zapomnieć. W chwilach depresji i wkurzenia, wyładowywał będzie emocje na worku bokserskim. I jakoś sobie poradzi.
Tyle, że nie będzie to już ten sam Pawełek. Nie tak uśmiechnięty od ucha do ucha, nie tak wesoły i rozweselający, mniej przyjazny i mniej kontaktowy.
A do kiedy, jak długo tak będzie? Tego nie wiadomo. Może już po dniu czy dwóch Pawełek się podniesie, uświadomi sobie, że złudzeniem to wszystko było, że bez podstaw. A może w ogóle się nie zmieni, pozostanie radosny. Zwyczajny. Albo umrze w ukryciu razem ze swymi problemami, nie ukazując ich, a tylko po cichu, samemu przed sobą manifestując.
I wódki mam ochotę się napić. Nie napić, a nachlać. Schlać się równo i nierówno. Wlać w siebie litry, wypalić papierosów tony - i zasnąć. I nie wiem, co potem. Budzić się, albo nie budzić.
Schlać się. I koniec wreszcie, wyjść można - ostatnia. I idę na wódkę.
W takim stanie psychicznym, w jakim jestem obecnie, nie dziwię się ludziom, że zostają alkoholikami - mówię mu, temu, z którym piję. A on pije na to ze mną. I pijemy razem. Raz ja bardziej, raz on.
I śmiejemy się, bo już zrobieni trochę jesteśmy. Poprawia się humor, a nawet się nie poprawia naprawdę, rzeczywiście, w głębi, to przynajmniej z wierzchu, bo uśmiech szczery występuje na zęby średnio już białe od tego ukrywania się w smutku.
Zerujemy śmiejąc się i odprowadzamy wzajem do pociągu, on mnie, ja jego. I żegnamy się, każdy jedzie w swoją stronę.
Stoję w tym pociągu starym, jakby przepitym, czy przechlanym wręcz. I chwieję się, i nie wiem czy to przez pociągu przepicie, czy przez moje. Lać się chce, palić się chce. Wysiadam z pociągu na peron podobnie zachlany i idę w miejsce boczne wydalić zbędności, by alkohol czysty pozostał we mnie.
I idę, w stronę domu niby, slalomem delikatnym brnę przez śnieg niewesoły jakiś, szary. Mijam ludzi bez twarzy. Mnóstwo ludzi. A twarz tylko jedną widzę, i nie w ludziach, a w sobie, w pamięci i sercu moim. I papierosa palę, mocnego rocka słucham, i myślę o tym, dlaczego piłem. Bo przecież nie bez powodu piłem. I dla przyjemności też nie. I nie ze szczęścia.
Pauza następuje, bo wzruszyć się można, zawiesić. Bo piłem z najokrutniejszego powodu.
Piłem z miłości.
Miłość nazywa się najwspanialszym uczuciem, pięknym niesamowicie, szczęście dającym - przypominam sobie idąc. I wkurzam się na te myśli, bo co to za cudo, które mnie w taki stan wprawia, że tylko na wódkę mam ochotę. I aż myśleć się nie chce, bo boli wszystko człowieka od rozważań takich, ale nie myśleć się nie da.
Niestety, albo na szczęście raczej, szybko ostatnie myśli w zapomnienie uciekają, bo od wódki umysł krótki. I spokój niejaki, a trochę i irytacja, bo wiedzieć by się chciało, co jeszcze przed chwilą przed samym sobą się orzekło.
Ale nie ważne.
Dochodzę do domu nareszcie, albo już, tak szybko. I słyszę od drzwi, po wejściu zaraz: piłeś. I co mam odpowiedzieć, kłamać nieudolnie. Piłem, mówię. I zdziwienie, że się nie bronię nawet, że mówię wprost, przesłania zdenerwowanie.
- Piłem, bo mam powód.
I zmartwienie, przejęcie, troska następuje tym razem: dlaczego? co się stało?
- Pewnie nic ważnego. Pewnie żaden normalny człowiek nie uznałby tego za poważny problem. Tyle, że ja jestem nienormalny. W każdym razie, jak chcecie mi jakoś pomóc, to dajcie mi wódki.
I dają.
Bo widzą, żem dojrzał na tyle, by zapić smutki, czy co to tam jest. I ojciec polewa do dwóch - nie kieliszków - szklanek, bo sam wie, że w takiej chwili na nic się kieliszki zdadzą. A do dwóch dlatego, że wie, iż kompan lepszy niż lustro czy kwiatek.
I chlust.
Chlust.
Chlllu.
Chhl.
I smutki już zapite, a Pawełek razem z nimi. Szczęśliwy się pewnie teraz czuje. A może nie, może nie poprawiło mu się wcale. Albo nie czuje się w ogóle, bo zasnął. Ale za to błogi ma na pewno sen. I nie pomyślał o miłości tyle, ile by chciał pomyśleć. Bo chciał pomyśleć, tylko bał się trochę, czy denerwował na taki smak, ale kto nie chce myśleć o miłości?
Obudzi się jutro, albo pojutrze. Wstanie, ubierze się - i znowu napotka, czy wręcz zderzy z problemem swym poważnym bądź niepoważnym. I znowu będzie chciał go utopić. A najlepiej to tak aż do skutku - aż się ułoży jakoś.
Ale jak się ułoży, skoro Pawełek myślał już i wymyślić nie mógł, bo się okazało, że to co się udawało to tak spontanicznie wychodziło, jakby samo przez się, a tu teraz nagle coś wymyślić, to już nie tak łatwo. A już nawet zapomniał jak to samo z siebie wychodziło, bo od ostatniego razu minęło trochę czasu. I bezradny teraz, załamuje się.
Bezradny, bo na doła poradzić nie potrafi nie tylko przez nieumiejętność wymyślenia, ale i przez to, że nie wie nawet dokładnie, domyśla się jedynie, skąd ów dół się bierze. Opukuje się, to kolano, to łokieć, puka w łydkę i w klatkę, a świadomości nie przybywa. Ale przekonany jest niezbicie, że to z tego świętego i okrutnego powodu tak się czuje, bo i co innego mogłoby go aż tak, chłopaka przecież twardego, zdołować?
I w tej bezradności czekał będzie na rozwiązanie, może zaimprowizować coś czasami spróbuje, uznając, że nic do stracenia nie ma, zdesperowanym będąc. Pił nie będzie codziennie, w umór i do znudzenia. Spróbuje zająć się czymś ambitnym, by myśli odciągnąć, oderwać się, zapomnieć. W chwilach depresji i wkurzenia, wyładowywał będzie emocje na worku bokserskim. I jakoś sobie poradzi.
Tyle, że nie będzie to już ten sam Pawełek. Nie tak uśmiechnięty od ucha do ucha, nie tak wesoły i rozweselający, mniej przyjazny i mniej kontaktowy.
A do kiedy, jak długo tak będzie? Tego nie wiadomo. Może już po dniu czy dwóch Pawełek się podniesie, uświadomi sobie, że złudzeniem to wszystko było, że bez podstaw. A może w ogóle się nie zmieni, pozostanie radosny. Zwyczajny. Albo umrze w ukryciu razem ze swymi problemami, nie ukazując ich, a tylko po cichu, samemu przed sobą manifestując.
Bardzo fajny tekst, aż moja pamięć przywiozła piosenkę Myslovitz - Ksiaze życia umiera. Masz talent!
OdpowiedzUsuń